Nieukończona wyprawa na Mont Blanc (część III)
Niemal każdy, kto chodzi po górach, czasami myśli o wybraniu się w góry wysokie. I nie zawsze chodzi tutaj o Himalaje. Wiadomo, idąc w góry wyższe niż nasze Karkonosze, trzeba mieć jakieś doświadczenie. Trzeba mieć kondycję, odpowiednie wyposażenie i, a właściwie przede wszystkim, odpowiednie nastawienie. Bez tego nawet najlepiej wyposażeni nie osiągną wyznaczonego celu.
Link do części I: http://e-karkonosze.eu/przyroda/nieukonczona-wyprawa-na-mont-blanc-czesc-i/
Link do części II: http://e-karkonosze.eu/przyroda/nieukonczona-wyprawa-na-mont-blanc-czesc-ii/
Po odsapnięciu podążamy dalej. Teraz dopiero zaczynają się serpentyny. Robi się coraz bardziej stromo. Spod nóg ciągle usuwają się mniejsze i większe kamienie. Pojawia się pierwszy śnieg. Nie jest to coś wielkiego. Ot, takie łachy śnieżne. W zasadzie o tej porze nie powinno tutaj być już ani grama śniegu. Widocznie temperatura jest jeszcze na tyle niska, że dopiero za kilka dni cały śnieg stopnieje.
Przechodzimy śnieżne odcinki jeden za drugim bez specjalnych problemów. Śnieg jest podgrzany promieniami słonecznymi na tyle, że nie ma na nim lodu, a jego konsystencja pozwala dobrze wbić buta. Pewnym utrudnieniem staje się coraz większe nachylenie zbocza. Trudniej wtedy przejść odcinki ze śniegiem. Trzeba wbijać dobrze kij od strony zewnętrznej, aby ciężkie, ważące ponad 20 kg plecaki, nie przeważały nas w nieodpowiednim kierunku.

Alpy. Francja. Foto: Krzysztof Tęcza
Wreszcie docieramy pod najbardziej eksponowaną część zbocza. Wydaje nam się, że jest ono niemal pionowe. Ścieżka staje się tak „chuda”, że jest problem, by odpocząć. Trzeba stać z plecakiem na barkach, gdyż tak naprawdę nie ma go gdzie położyć. Zapewne spadłby na dół. Jeśli chodzi o mnie, to początkowo przeszło mi przez myśl, czy nie warto by było wyciągnąć raków, ale gdy spróbowałem wbić buta w śnieg uznałem, że to niewiele pomoże. Po prostu trzeba być ostrożnym i dobrze wbijać się w ślady poprzedników. Najważniejsze było, aby nie przeważył nas ciężar plecaka.
Gdy już widać było przełęcz, do której zmierzaliśmy, okazało się, że skończyła się nasza ścieżka. Do końca ściany pozostało nam kilkadziesiąt metrów przewyższenia. Jednak jak tam dotrzeć. Na szczęście prowadzący nas dobrze wiedział, gdzie należy iść, i uznając, że dalszy marsz przez luźny zalegający śnieg jest zbyt niebezpieczny, pokazał nam drogę przez wystający filar skalny. Gdy obejrzeliśmy wskazaną trasę także uznaliśmy, że nie ma co się pchać w niepewny śnieg, tylko spróbować wdrapać się po tej skale. Ponieważ jednak pokryta była ona wieloma drobnymi kamykami było to nie mniej niebezpieczne. Dlatego zdecydowaliśmy się zabezpieczyć pokonywany odcinek.
Prowadzący nas – jako najsilniejszy z naszej grupy – wspiął się około 30 metrów na górę i tam założył linę asekuracyjną. Dopiero teraz mogliśmy podjąć skuteczną próbę wejścia wyżej. Faktycznie bez tej liny nie dalibyśmy rady. Jednak takie wciąganie się z ciężkim plecakiem po prawie pionowej ścianie dało nam nieźle w kość. Wszyscy to odczuliśmy. Najbardziej zmęczona była nasza niewiasta. Nic dziwnego. Gdy dotarła do końca liny wyzwoliła się z niesionego plecaka. Na szczęście był tam niewielki fragment terenu, na którym można było przysiąść. Ja stałem wyżej trzymając się znajdującego się tam łańcucha, gdyż szansy, by położyć gdzieś obok plecak, nie było żadnej.

Alpy. Francja. Ostatnie podejście. Foto: Krzysztof Tęcza
Spojrzeliśmy do góry. Do przełęczy pozostało dosłownie kilkadziesiąt metrów, oczywiście w pionie. Serpentynami będzie nieco dalej. Ale inaczej się nie da. Przed nami jeszcze jedna, ostatnia, łacha śniegu. Kilkanaście metrów, może nieco więcej.
Pierwszy przeszedł prowadzący, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Drugi ruszyłem ja. Ślady pozostawione przez poprzedników były dosyć wyraźne, chociaż rozgrzany promieniami słonecznymi śnieg był trochę dziwny. Z jednej strony, gdy wkopywałem buta w ślad, siadał on dosyć wyraźnie, z drugiej strony trzeba było to czynić z rozmysłem, by naruszony śniegu po prostu nie zleciał. Dlatego starałem się najpierw dobrze wbić kij trzymany od zewnętrznej strony, a dopiero później przenosić do przodu jedną nogę.
W tym czasie byłem pochylony bokiem do zbocza i trzymałem się ręką za śnieg. Tak naprawdę to po prostu wdrapywałem się palcami w śnieg, próbując go złapać. Kij z tej strony mógł mi tylko przeszkadzać. Mniej więcej pośrodku przejścia, gdy zmieniałem nogę, poczułem, jak wbity kij wpadł nagle jeszcze głębiej w śnieg i nieźle mną majtnęło. Na szczęście byłem pochylony w stronę zbocza, więc opanowałem to. Trochę mnie to jednak zmobilizowało do większej ostrożności. Starałem się nie patrzeć w dół. Byłem już tylko kilka kroków od skały.

Alpy. Francja. Ratownicy docierają do poszkodowanej. Foto: Krzysztof Tęcza
Gdy pozostały mi dosłownie dwa, trzy kroki do skalnego podłoża, usłyszałem nagle tuż za sobą jakieś westchnięcie czy jęk. Trudno mi to teraz określić. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, jak idąca za mną dziewczyna, spada ze śladu. Od razu plecak przeważył ją i ułożył na plecach. Zaraz też zaczęła odjeżdżać ode mnie. Ja, stojąc w śnieżnym śladzie, podparty z jednej strony kijkiem, mogłem tylko patrzeć na to, co się działo poniżej moich nóg. Dziewczyna zsuwała się coraz niżej. Najdziwniejsze było to, że robiła to w zupełnej ciszy. Nie krzyczała, nie wołała o pomoc. Było to tak przerażające, że musiałem oderwać od niej oczy i szybko postawić trzymaną w powietrzu nogę, by samemu nie polecieć w przepaść. Zrobiłem to w takim pospiechu, że aż mną zachwiało. Na szczęście byłem już na skale. Wtedy obejrzałem się ponownie i zobaczyłem jak ona, oddalona już o kilkadziesiąt metrów ode mnie, dociera do miejsca, w którym znajduje się lekka fałda, za którą jest już tylko bezkresna przepaść. Aż mi włosy stanęły, gdy to zobaczyłem. Stałem jak zahipnotyzowany. Dosłownie nie mogłem się ruszyć.
Gdy już się wydawało, że wyleci ona w powietrze, zobaczyłem, jak jej ciało bezwiednie skręca lekko w prawo i po wybiciu ponownie spada na śnieg, leżący w skalnym leju. Znowu zaczyna się zsuwać jak na sankach. Tor jej ślizgu określa kształt leju. Sunie środkiem zalęgającego śniegu. O dziwo, jej szybkość wcale się nie zwiększa, wciąż jest taka sama. Mam wrażenie, że oglądam to w zwolnionym tempie. Ja stoję, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, a ona wciąż oddala się ode mnie. Wciąż jest coraz dalej i dalej. I wciąż wszystko przebiega bezgłośnie. To było najbardziej przerażające w tym wszystkim. Ta absolutna cisza, jak na niemym filmie. Po chwili lej skręcił w lewo i ona znikła za skałami. I to wszystko, żadnego rumoru, żadnego krzyku, tylko ciągła cisza.

Alpy. Francja. Widok na Chamonix. Foto: Krzysztof Tęcza
Teraz nie wiem, czy ona spadła, bo się poślizgnęła, spadła, bo kij stracił stabilność, urwał się kawałek śniegu czy może po prostu przeważył ją plecak, a może zasłabła? Tego chyba nie dowiemy się już nigdy.
Ciąg dalszy nastąpi
Krzysztof Tęcza
