Wycieczka w Śnieżne Kotły
Wreszcie pogoda stała się bardziej przystępna dla naszego organizmu. Ba, nawet zrobiło się trochę za zimno. Rano pola i łąki się bielą. Są przymrozki. Meteorolodzy straszą nas opadami śniegu. Pomyślałem sobie, że to już ostatnia chwila, by ruszyć w góry. By pochodzić po nich w jeszcze przyjaznych warunkach.
Problemem stał się tylko wybór, gdzie się udać, jaki rejon Karkonoszy wybrać. Ponieważ od dłuższego czasu myślę o Śnieżnych Kotłach, zdecydowałem się na ten właśnie kierunek. Ostatnio organizowałem tak wiele imprez, że nie miałem czasu, by wracać na noc do domu. Doba była zbyt krótka. Uznałem zatem, że przyda mi się taki lekki odpoczynek. Oczywiście o ile pokonanie prawie kilometra przewyższenia i przejście kilkunastu kilometrów można uznać za wypoczynek.
Mamy poniedziałek 12 października 2015 roku. Przewidywana pogoda na następne dni jest coraz gorsza. Nie ma co czekać. Ruszam z samego rana, tak by mieć jak najwięcej czasu na wędrowanie przy dziennym świetle. Samochód zostawiam na parkingu w Jagniątkowie, ma mi to dać poczucie bezpiecznego, a przede wszystkim szybkiego powrotu do domu. Wszak nigdy nie wiadomo, o jakiej porze zejdę tu na powrót.
Na dojście w góry wybieram Koralową Ścieżkę. Wydaje mi się, że będzie to najrozsądniejsze, a i w miarę bezpieczne. Karkonoski Park Narodowy wykonał ostatnio na tej trasie sporo przeróbek i remontów, budując drewniane pomosty i kamienne chodniki. W lecie znakomicie ułatwia to wędrowanie. Niestety, w porach mokrych trzeba tu uważać. Robi się wówczas bardzo ślisko. Ale gdzie się nie robi. Oczywiście, zima rządzi się swoimi prawami i gdy sypnie śniegiem wykonane na kładkach schody nie są zbyt bezpieczne. Nie ma to znaczenia w momencie, gdy śnieg stwardnieje lub gdy stworzy się jego gruba warstwa. Różnie zatem można oceniać pomysły zrealizowane na tej ścieżce. Wśród turystów przeważa jednak przekonanie, że KPN wykonał kawał dobrej roboty. Trudno się z tym nie zgodzić.
Jestem przy szkółce, wchodzę przez ustawioną tutaj bramę na teren KPN. Dopiero teraz zaczyna się podejście. Na razie nie jest źle. Las, którym prowadzi droga, utrudnia dostęp promieni słonecznych, co wywołuje uczucie chłodu. Jeszcze kilka dni temu wszystko wyglądało normalnie. Dzisiaj droga przykryta jest coraz grubszą warstwą spadających z drzew liści. Sypią one tak mocno, że momentami robi się ciemno. Łapię głęboki oddech i miarowo idę dalej. Powietrze jest lekko mroźne. Nie jest jednak źle.
Początkowo ścieżka wije się jak wąż, nic w tym dziwnego, wszak idę zboczem Wężówki. Ale oto wychodzę na II Drogę. Jest to okazja do chwili odpoczynku. Na dłuższy będzie czas, gdy dotrę do III Drogi, przy której ustawiono wiatę wypoczynkową. Teraz wsłuchuję się w koncert w wykonaniu fruwających tu ptaków. Byłoby grzechem, gdybym zrezygnował z takiej okazji. Nagle w ten piękny śpiew wdziera się jakiś gruby głos. Ptaki przycichły na chwilę. Na niebie widać, co je tak przestraszyło. To jakiś samolocik. Gdy idę dalej, dochodzi do mnie, że panuje tu jakaś dziwna cisza. Nie dość, że nie słychać śpiewających wcześniej ptaków, to ustał także wiejący do tej pory wiatr. Nie słychać nawet spadających z drzew liści. Jedyne odgłosy, jakie słyszę, to szmery, które wywołuję szurając butami po leżących na ścieżce liściach, przez które się przedzieram.
Wreszcie dostrzegam wspomnianą już altankę. Pora na kilkuminutowy odpoczynek. Ponieważ już się trochę spociłem, zmieniam swoje odzienie. Warto to zrobić, by na samym początku wędrówki nie przewiał nas wiatr. Przede mną ostatnie, najtrudniejsze, a zarazem najdłuższe podejście. Nie ma co siedzieć zbyt długo, bo zaczyna robić się zimno.
Nie mogę jednak nie zatrzymać się przy Paciorkach. Roztacza się stąd przepiękny widok. Nawet jak jest brzydka pogoda, warto popatrzeć na skałki majaczące na sąsiednim zboczu. Tym bardziej że liście na drzewach zrobiły się kolorowe i duże zielone płaszczyzny są upstrzone brązowymi plamami. Tyle kolorów możemy podziwiać tylko późną jesienią. I nawet jak spędzimy tu dłuższą chwilę, to nic się nie stanie. Dalsza droga prowadzi drewnianymi pomostami, co pozwoli nam nadrobić ową chwilę.
Zaraz też docieram do Rozdroża pod Śmielcem. W miejscu tym każdy bez wyjątku poczuje zmęczenie. Nogi, po pokonaniu kilkuset metrów przewyższenia, dadzą nam znać by nieco odpocząć. Jednak nie za długo. Dalsza trasa Ścieżką nad Reglami jest znacznie łagodniejsza, a i przyjemniejsza. Roztaczają się stąd coraz ciekawsze widoki. Zaraz dostrzegę schronisko na Szrenicy. Oczywiście nie oznacza to, że jestem blisko celu. Przede mną jeszcze spory kawałek drogi. Idę dalej delektując się widokami. Ponieważ mamy poniedziałek, w górach nie ma zbyt wielu turystów. Ci pojedynczy, którzy mnie mijają, cieszą się mogąc zamienić kilka słów. Patrzę jak kilka osób ostrożnie schodzi szlakiem prowadzącym zboczem Wielkiego Szyszaka. Z tej odległości wyglądają oni jakby kluczyli między leżącymi tam skałami. Ścieżki bowiem, po której idą nie sposób dostrzec.
Ale oto wyłania się widok, dla którego podjąłem swój trud. Przede mną Śnieżne Kotły, a właściwie schronisko nad nimi. Im dalej idę, tym bardziej otwiera się widok na Wielki Kocioł. Trzeba przyznać, że widok ten robi wrażenie. Tym bardziej że widać, jak nad budynkiem krążą wielkie ptaki. Takie spotkanie nie zdarza się codziennie. Może ma to związek z przelotami ptaków, które właśnie odbywają się w rejonie Mokrej Przełęczy.
Siadam sobie cichutko, wyjmuję kanapki, termosik i posilam się, obserwując krążące jak szybowce ptaki. Czasami widać pojedynczych wędrowców, którzy tak samo jak ja, podziwiają to ciekawe przedstawienie. Różnica między nami polega na tym, że oni czynią to z góry, a ja od dołu. Dokładnie przyglądam się wnętrzu kotła. Tam też, zanim pojawią się usypiska kamieni, w zielonej kosówce wyraźnie widać coraz większe plamy brązowych liści, głównie na jarzębinach. Taki sam kolor mają rosnące wysoko krzaki jagód. Podziwiam postrzępione skały, po których kiedyś wspinali się taternicy. Wyobrażam sobie, jakimi drogami mogli wspinać się na poszczególne ściany. Na pewno nie było to łatwe ani bezpieczne. Zwłaszcza w pierwszych latach, kiedy nowe drogi pokonywali oni z marszu. Dzisiaj mają do dyspozycji znacznie lepszy sprzęt. Na szczęście w tak pięknym miejscu spotykamy ich coraz mniej.
Ponieważ usłyszałem od kilku osób, że w czasach zanim utworzono tutaj Karkonoski Park Narodowy, do schroniska wchodzono szlakiem prowadzącym właśnie stąd od dołu, staram się wypatrzeć, którędy on prowadził. Po chwili jestem już pewien jego przebiegu i stwierdzam, że naprawdę przejście tego szlaku wymagało wielkiego wysiłku i sporej odwagi. Nie wiadomo zatem, czy likwidacja tego szlaku nie była dobrym posunięciem.
Gdy tak sobie siedzę, nagle dochodzi do mnie złowrogi szelest. Aż włosy stanęły mi dęba. Staram się wypatrzeć, co może być przyczyną owego dźwięku. W końcu dostrzegam. To wiszące na ścianie wielkie sople lodu pękają i zsuwają się w dół. Uff, dobrze że jestem daleko od tego miejsca. Okazuje się, że zacieniona ściana kotła pokryta jest lodospadami. Pokrywają one spore połacie skał. Ba, wygląda, ze trzymają się mocno, nie ma więc obawy, że także zsuną się, jak to miało miejsce z soplami. Widok ten jest małym zaskoczeniem, jako że jeszcze nie ma zimy. Widocznie nocne przymrozki wystarczyły, by spływająca tędy woda zamarzła. A cień, jaki się tu utrzymuje w czasie dnia, nie pozwolił na roztopienie się lodu. Robię sporo zdjęć, bo nie wiem, czy w najbliższym czasie będę jeszcze miał okazję podziwiać tak niesamowite zjawisko.
Oglądając piękno tej części Karkonoszy, nawet nie zauważam, że słońce znikło, a zza grani wiatr przepycha kotłujące się chmury mgły. Dopiero gdy odczuwam zimno, trzeźwieję i rozglądam się wokoło. Chyba pora ruszać dalej, tym bardziej że mam zamiar iść jeszcze do schroniska Pod Łabskim Szczytem.
Powolutku, ociągając się – mam nadzieję, że ta pędząca mgła cofnie się – idę w stronę Śnieżnych Stawków. W sumie przeszedłbym koło nich bezmyślnie, jednak gdy spoglądam na tafle wody, uświadamiam sobie, że jest jej jakoś mało. To wynik ostatnich upałów, wszędzie obniżył się poziom wody, a i wiele strumyków od zawsze nam towarzyszących podczas wędrówki znikło. Dopiero teraz sobie to uzmysłowiłem! Przyglądam się wodzie, bo wygląda ona jakoś inaczej. Gdy podchodzę bliżej okazuje się, że spora część stawu skuta jest lodem. Pływają tu spore tafle lodu tak grubego, że zastanawiam się, czy utrzymają mój ciężar. Nie ryzykuję jednak kąpieli w lodowatej wodzie.
Przechodzę do górnego stawku i przyglądam się trójkątnej skale, w której widnieje wyraźne wgłębienia, jakby kiedyś był tu umieszczony jakiś medalion. Moje rozmyślania przerywa dziwna ciemność. To mgła gnana przez wiatr dotarła już tutaj. Trzeba się zbierać, bo może za chwilę skończyć się widoczność.
Idę dalej zielonym szlakiem prowadzącym pomiędzy Gawrami a Małym Śnieżnym Kotłem. Podziwiam Grzędę raz pojawiającą się, raz ginącą w białosiwej mgle. Dawno nie widziałem jej w takich warunkach. Z jednej strony, chciałbym przyglądać się temu widokowi jak najdłużej, z drugiej powinienem jak najszybciej ruszyć w dalszą drogę. Gdy przestaję widzieć zbocze, a mgła zaczyna osadzać się na mnie, przełamuję się i idę dalej.
Nie trzeba było dużo czasu, bym w oddali dostrzegł dwa budynki o blaszanych zielonych dachach. To schronisko Pod Łabskim Szczytem. Jestem zatem bezpieczny. Już wiem, że nawet gdy mgła ograniczy mi całkowicie widoczność, dojdę do celu. Nic mnie nie powstrzyma. Tak też się stało. W schronisku jest tylko kilka osób. Wszyscy schodzą do Szklarskiej Poręby. Mnie jednak ten kierunek wyjątkowo nie leży. Przecież samochód zostawiłem w Jagniątkowie.
Nie mam wyjścia, ruszam czarnym szlakiem, omijając z boku Borówczane Skały. Mgła, jak się okazało po wyjściu ze schroniska, jakby cofnęła się i zasłania już tylko wyższe partie gór. Jest więc bardzo dobrze. Droga, którą schodzę, jest mocno zniszczona, dlatego trzeba iść nią bardzo ostrożnie, by nie skręcić sobie nogi. Gdy mijam Moreny i docieram do III Drogi, mam wrażenie, że wszedłem na autostradę.
Jest tu równo. Pojawia się coraz więcej strumyków. Dostrzegam pierwszych ludzi szukających czegoś w runie leśnym. Gdy podchodzę bliżej, nie mogę uwierzyć. To grzybiarze. Mają oni pełne reklamówki opieńków. A przecież do tej pory nie było żadnych grzybów. Nie ma jednak czasu na przyłączenie się do nich. Przekraczam Szklarkę i II Drogą docieram do Koralowej Ścieżki, na której stoi kilka osób. Wyraźnie są one zmęczone. Pytają się, jak daleko jest do Jagniątkowa. Moja odpowiedź, że już prawie są we wsi, wyraźnie dodała im sił i ruszają w tym samym kierunku co ja.
Nieco niżej stała kolejna grupka turystów, którzy niepokoili się, że spotkani wyżej, nie dotarli jeszcze do nich. Wszystko układa się pomyślnie. Kolejne grupki turystów schodzą z gór, ja docieram do swojego autka. Tylko pogoda zaczyna się psuć. Gdy ruszam, na szybie pojawiają się pierwsze krople deszczu. Uff, jak to dobrze, że już jadę do domu. Dzisiaj nie zmoknę.
Krzysztof Tęcza





