Słoneczny czwartek w Bukowcu
Czwartek 4 sierpnia 2016 r. od rana zapowiadał się jako piękny dzień. I tak też było. Świeciło słonko, na twarzy czuć było jego ciepło. Nic tylko położyć się w trawie i odpoczywać. To tylko marzenia.
Wiedziałem, że zaraz przyjedzie autobus i przywiezie ponad trzydziestkę dzieci, które chcą spędzić dzień na świeżym powietrzu. Zajęcia te zorganizowały im panie z jeleniogórskiego JCK-u.
Ponieważ właśnie trwa prowadzony przez Związek Gmin Karkonoskich Muzyczny Ogród Liczyrzepy nie mogliśmy pokazać dzieciom ani strychu ani piętra pałacu, zaprosiłem ich do sali kominkowej i pałacowych podziemi. Ci, którzy byli choć raz w pałacu, wiedzą, jak piękna jest sala kominkowa. Tym jednak razem nie to było celem naszego zainteresowania. Najważniejsze dla dzieci były zgromadzone tu drobiazgi.
Największym powodzeniem cieszyła się stara maszyna do pisania. Największym zaś tematem poruszającym wyobraźnię była tajemnicza skrytka jaką znaleźliśmy w kominku. Nic więc dziwnego, że po zejściu do podziemi dzieci próbowały przejść tajnym przejściem do kancelarii pałacowej. Oczywiście nie udało im się to. Nie wiedziały przecież, że wyjście z korytarza kończące się w zabytkowej szafie jest zamknięte. No, ale jak przejście jest tajne, nie może być inaczej. Zaskoczeniem wyrażonym panicznym krzykiem było nagłe zgaśnięcie światła wyłączanego zwyczajowo przez Białą Damę krążącą po pałacu.

Foto: Krzysztof Tęcza
Nic więc dziwnego, że gdy dzieci ponownie znalazły się przed pałacem, odetchnęły z ulgą. Nerwy jednak przyczyniły się do pobudzenia chęci przegryzienia czegoś i w związku z tym rozłożyliśmy się na trawie w parku. Szybko okazało się, że trawa jest jakaś dziwna. Tak jakby była żywa. To małe żabki skakały z miejsca na miejsce.
Nie pozostało nic innego, jak ruszyć w drogę. Przedtem jednak znaleźliśmy ukrytą pod mostkiem skrzynkę geocachingową. Po przejściu przez szosę zrobiło się bardzo cicho i spokojnie. Szliśmy najpierw aleją brzozową, później wierzbową. Po drugiej stronie stawu Kąpielnik dostrzegliśmy przycumowane łódki. Z naszej jednak strony wisiała tylko lina służąca do skoków w toń stawu. Nikt jednak nie próbował swoich sił. Dlatego też zeszliśmy schodkami w zarośniętą ścieżkę wiodącą w stronę sąsiedniego Stawu przy Ponurej Kapliczce. To właśnie tutaj wydarzyła się dawno temu przykra historia, kiedy dwoje zakochanych ludzi nie mogących spełnić swojej miłości odebrało sobie życie.

Foto: Krzysztof Tęcza
Kiepski nastrój, jaki nam od tej pory towarzyszył, uległ zmianie dopiero po wyjściu z jaskini wykonanej na polecenie hrabiego Redena dwieście lat temu. I tu okazało się, jak chętne do przeżycia czegoś wyjątkowego są dzieci. Nie straszna im była stromizna dalszej drogi ani ryzyko, że stoczą się w odmęty zimnej wody w stawie. Doskonale sobie poradziły i dotarły do Opactwa, gdzie wysłuchały z zaciekawieniem opowieści o twórcach tego ciekawego założenia parkowego.
Po nieudanych poszukiwaniach miejsca rośnięcia starego dębu, przy którym stała kiedyś ozdobna studnia, obeszliśmy Kąpielnik i dotarliśmy na cypel, przy którym zbudowano molo. To właśnie tutaj zacumowano dwie stare łódki, nazwane na cześć właścicieli parku, Fryderyk i Fryderyka.

Foto: Krzysztof Tęcza
Kolejnym celem naszej wędrówki była wieża widokowa. Jednak podejście na szczyt wzgórza, na którym jest ona wzniesiona, wcale nie było takie łatwe. Trzeba przyznać, że nieźle się napociliśmy, zanim tam dotarliśmy. Jednak widoki rozpościerające się z wieży wynagrodziły nam wszelkie trudności związane z dotarciem tutaj. Na wieżę prowadzą nowe metalowe schody, wejście zatem na górę było bezpieczne. Gorzej z zejściem. Właśnie podczas niego w niektórych pojawiły się dzikie instynkty. Idący z przodu zaczęli tak wyć, że nawet najmniej strachliwi wystraszyliby się nie na żarty. Nie ma co się dziwić, że zejście ze wzniesienia zajęło nam bardzo niewiele czasu. Zaraz też byliśmy w Herbaciarni. Najpierw jednak spróbowaliśmy pobić rekord świata w liczbie osób przebywających jednorazowo pomiędzy konarami posadzonych tu wiązkowo drzew.
W herbaciarni prawdziwym odkryciem był występujący tu pogłos. Po kilku próbach udało się go usłyszeć. Teraz pozostało nam tylko sprawdzić objętość rosnącego tu dębu i zejść do autokaru. Młodzież od razu skorzystała z rzuconej propozycji, by poturlać się na dół. Zabawy było co niemiara.
No i po kilku godzinach wróciliśmy do pałacu, gdzie czekał na nas autokar. Zanim jednak dzieci wsiadły do niego obstąpiły mnie przytulając się i trzymając moje dłonie. Aż żal się było żegnać!
Krzysztof Tęcza
