Nieukończona wyprawa na Mont Blanc (część IV – ostatnia)
Niemal każdy, kto chodzi po górach, czasami myśli o wybraniu się w góry wysokie. I nie zawsze chodzi tutaj o Himalaje. Wiadomo, idąc w góry wyższe niż nasze Karkonosze, trzeba mieć jakieś doświadczenie. Trzeba mieć kondycję, odpowiednie wyposażenie i, a właściwie przede wszystkim, odpowiednie nastawienie. Bez tego nawet najlepiej wyposażeni nie osiągną wyznaczonego celu.
Link do części I: http://e-karkonosze.eu/przyroda/nieukonczona-wyprawa-na-mont-blanc-czesc-i/
Link do części II: http://e-karkonosze.eu/przyroda/nieukonczona-wyprawa-na-mont-blanc-czesc-ii/
Link do części III: http://e-karkonosze.eu/przyroda/nieukonczona-wyprawa-na-mont-blanc-czesc-iii/
Ale to nie koniec. Dopiero teraz wszystko nabiera tempa. Patrzę do tyłu, a narzeczony dziewczyny, która spadła, zrzuca plecak i chce zejść w stronę przepaści, by zobaczyć, gdzie ona jest. Już oczami wyobraźni widzę, jak on też leci w dół. Nie wiem, co się dzieje, słyszę tylko, jak wydzieram się do niego, by stał w miejscu, by nie podchodził do przepaści. W tym samym czasie podobnie krzyczy prowadzący stojący kilkanaście metrów nade mną.
Nawet nie wiem, kiedy wbiłem się w pobliską skałę i zrzuciłem plecak. Gdy złapałem się znajdującej się tam metalowej barierki, odwróciłem się i widzę, jak on wciąż zbliża się do krawędzi. Widocznie nas nie słyszy. W końcu przeciska się koło mnie prowadzący, który każąc mi zostać i nie ruszać się stąd, gna w stronę chłopaka. Przez krótki moment nie wiem, co się dzieje. Na szczęście zaraz widzę, że są już razem. Prowadzący bierze telefon i dzwoni po pomoc.
Nie wiem, czy tak było, ale wydaje mi się, że helikopter z ratownikami zjawił się przed nami dosłownie kilka minut od zawiadomienia. To było niesamowite. Widziałem, jak spuszczani są z maszyny kolejni ratownicy. Moi współtowarzysze ruszyli w dół, by dotrzeć jak najbliżej miejsca upadku. Jeszcze nie dociera do nas, że ona może już nie żyć. Przecież zsuwała się tak powoli, spokojnie. Helikopter wciąż podchodzi pod zbocze spuszczając kolejnych ratowników, by po chwili odlecieć na bezpieczną odległość. Coś się tam dzieje w dole, niestety stąd nie widzę co. Wciąż ściskam mocno barierkę, aż wbija mi się w dłoń.

Schronisko w masywie Mont Blanc. Foto: Krzysztof Tęcza
Ponieważ dostałem polecenie, aby iść dalej i zawiadomić pozostałą grupę o zaistniałej sytuacji, staram się założyć na barki plecak. Nie jest to wcale takie proste. Raz, że nie mogę otworzyć zaciśniętej dłoni, dwa, że okazuje się, iż plecak nagle stał się niezwykle ciężki. Przecież nic się nie zmieniło, a ja nie bardzo mogę go podnieść. Wreszcie mi się udaje.
Kieruję się w stronę wystającej zza skały stalowej drabiny. Niby to tylko kilka metrów, ale jakoś długo trwa, zanim tam docieram. Gdy puszczam barierkę, by złapać szczebel drabiny, dzieje się ze mną coś dziwnego. Nagle ręce zaczynają mi drżeć, a po chwili tak się trzęsą, że nie mam szans, by cokolwiek nimi zrobić. Cały robię się jakiś słaby, taki wiotki. Nie wiem, co się dzieje. Staram się powstrzymać to rozdygotanie, ale nie bardzo mi to wychodzi. Trwa tak kilka minut. Wreszcie zaczynam dochodzić do siebie. Dociera do mnie, ze oto zostałem sam na szlaku, sam nad przepaścią. Wiem tylko, ze trzeba iść do góry, że tam za przełęczą są nasi. Muszę tam dotrzeć, za wszelką cenę. Nie mam innego wyjścia.
Chwytam pierwszy szczebel drabiny znajdujący się nad moją głową. Drugą ręką puszczam się barierki, bo inaczej nie sięgnę do drabiny. Wtedy postawiona noga na śniegu znajdującym się pomiędzy dwoma skałami osuwa się, zrzucając cały śnieg. Zawisam na ręce, którą zaciskam na szczeblu. Obraca mnie plecami do ściany. To ciągnie ciężar plecaka. Widzę tylko niebo, nic więcej. Boję się spojrzeć w dół. Tam przecież nie widać dna. Chaotycznie macham nogami próbując dosięgnąć jakiegoś oparcia.
Trwa to tylko chwilę, ale mnie się wydaje, że to cała wieczność. W końcu udaje mi się chwycić drugą ręką kolejny szczebel drabiny. Wreszcie gdy podciągam się trochę do góry, nogi łapią jakieś oparcie. Powoli pnę się wyżej i wyżej. Stawiam nogę na szczeblu, potem drugą. Przywieram całym ciałem do drabiny i trwam tak dłuższą chwilę. Muszę ochłonąć. Pewnie nikt nie byłby w stanie oderwać mnie teraz od tego kawałka metalu. Gdy dochodzę do siebie, słyszę jakiś głos nade mną. To, okazało się, przyszedł zaniepokojony naszą długą nieobecnością prowadzący pierwszą grupę. Widząc tylko mnie pyta, co się stało. Gdy mu przedstawiam sytuację, widać, jak jego twarz się zmienia. Teraz on doznaje szoku. Stoi jak wryty. Ja tymczasem pokonuję drabinę i docieram do niego. Wreszcie teren nieco się wypłaszacza i mogę zdjąć plecak.

Alpejskie służby ratownicze. Foto: Krzysztof Tęcza
Gdy obaj ochłonęliśmy, wyjmuję wszystko, co może nas postawić na nogi. Zjadamy całe zapasy słodyczy, wierząc, że to przywróci nam spokój. Faktycznie po krótkim czasie jesteśmy spokojni. On schodzi trochę, by zabrać porzucony plecak. Ja nagrywam telefonem, jak podlatuje helikopter. Mam nadzieję, że coś wypatrzę. Widzę, jak po kolei są wciągani na pokład ratownicy. W końcu widzę, jak na linie sunie do góry ratownik, trzymający nosze, na których leży czarny worek. Dopiero teraz dociera do mnie, że to już koniec. Obaj nie wiemy, co robić, jak się zachować. Umawiamy się, że na razie nie powiemy o śmierci naszej koleżanki, powiemy tylko, że zabrał ją helikopter.
Po chwili z przełęczy schodzą następni uczestnicy wyprawy. Podlatuje do nas helikopter, z którego wysiada ratownik sprawdzający, czy z nami jest wszystko w porządku. Zaraz odlatuje. Podmuch, jaki spowodował, omal nas nie zepchnął ze ścieżki. Dostaliśmy kamieniami miotanymi przez siłę jego łopat. W sumie to teraz nie wiem, które zadrapania i rany na moim ciele spowodowały te kamienie, a których nabawiłem się, miotając się na drabinie. Na szczęście dla mnie wszystko skończyło się niewielkimi ranami i podartym ubraniem. Co prawda, gorzej było, jeśli chodzi o psychikę. Byłem całkowicie rozbity. Nie mogłem rozmawiać z innymi, bo zaraz w oczach stawały mi łzy. A przecież w tej chwili byłem jedyny, który widział całą tragedię.

Alpy. Wschód słońca. Foto: Krzysztof Tęcza
Nie będę pisał, co się teraz działo. Wiadomo, każdy miał swoje zdanie. Trzeba było zaczekać na oficjalny komunikat, co dalej. Ale to dopiero rano. Teraz trzeba było pomyśleć o przygotowaniu noclegu. Na szczęście znajduje się tu betonowy domek z kilkoma pryczami. Jesteśmy na wysokości 2768 metrów n.p.m. Wszystko wyżej jest już białe i wraz z nadchodzącym wieczornym chłodem zaczyna błyszczeć tworzącym się na powierzchni śniegu lodem. Póki można, nabieramy do menażek śnieg i topimy go, by przygotować coś ciepłego. W końcu kładziemy się spać. Nie bardzo przychodzi mi sen. Raz, że jeszcze mam przed oczami ten straszny obraz, dwa, że co chwilę słyszę potężny zgrzyt, jakby coś ciężkiego szorowało o chropowatą ścianę. Nad ranem owe dziwne odgłosy nasiliły się do tego stopnia, że o śnie nie było już mowy. Okazało się, że to były odgłosy spadających na sąsiednich ścianach lawin.
Muszę powiedzieć, że noc mimo iż była bardzo mroźna, nie sprawiła mi problemów. Okazało się, że śpiwór zabrany przeze mnie faktycznie pozwala spać na śniegu przy temperaturze bliskiej minus 30 stopni. Nie czuć w nim żadnego zimna.
Wreszcie nastaje ranek. Słońce oświetla ściany przed nami. Widzimy nad sobą trzy schroniska, w tym to najnowsze, usadowione na zboczu tak, że aż trudno uwierzyć, że nie zleci. To właśnie do niego wciąż latały wczoraj helikoptery z zaopatrzeniem.
Jest już oficjalna decyzja. Wyprawa zostaje przerwana i w związku z zaistniałą sytuacją proszą nas o zejście. Tym razem nie ryzykujemy i schodzimy z drugiej strony. Najpierw pokonujemy pole lodowe, a później decydujemy się iść torami kolejki. Nie zważamy na żadne zakazy. Niech no tylko spróbują nas zawrócić. Na szczęście nikt nie reaguje. Jedyna niedogodność to spaliny pozostałe w tunelu po przejeździe kolejki. Myśleliśmy, że się udusimy.
Schodzimy kilka godzin. Ze względu na nachylenie stoku obcieramy sobie palce w butach. Sama kolejka, by tutaj podjechać, ma ułożoną trzecią szynę jako zębatkę. Teraz tylko godzinka marszu i jesteśmy przy wyciągu, którym jedziemy na dół i już jesteśmy na kempingu. Musimy tylko zaczekać, aż francuska żandarmeria spisze odpowiedni protokół. Nie trwa to zbyt długo. Okazuje się, że ze względu na liczbę podobnych wypadków są oni przygotowani na takie procedury. Wkrótce dociera do nas nasz prowadzący, informując o ustaleniach dokonanych przez odpowiednie służby. Ponieważ, jak już wspominałem, posiadaliśmy wszyscy stosowne ubezpieczenia, ubezpieczyciel zajął się wszystkimi sprawami finansowymi oraz transportem zwłok do kraju.

Foto: Krzysztof Tęcza
Niestety, tym razem nasza wyprawa zakończyła się tragicznie. My nie osiągnęliśmy zaplanowanego celu. Zginęła nasza koleżanka. Tym razem wygrała góra. Tak to już jest. Nie zawsze człowiek jest górą. Pewnie niebawem zostaną przedstawione stosowne ustalenia, co do przyczyn wypadku. Na razie wszyscy jesteśmy jeszcze w szoku.
Na koniec, aby niepotrzebnie nie wchodzić w dyskusje, powiem tak: Góry to inny świat. To świat marzeń. Tych spełnionych i tych niespełnionych. Góry to świat radości, ale i świat cierpienia i łez. Góry nie są dla wszystkich, to fakt. Niemniej góry to marzenia, to świat do którego lgnie wielu. Jednak ten świat trzeba rozumieć, trzeba go traktować z należytym szacunkiem i powagą. Góry, jeśli czujesz przed nimi odpowiedni respekt, pozwolą ci bezpiecznie wrócić do domu. Musisz tylko bardzo tego chcieć.
Koniec części IV – ostatniej
Krzysztof Tęcza
