Moje wspomnienia
„Moje wspomnienia”
Stanisława Krakowska
(„Karkonosze” 1/2010)
Na świat przyszłam w dwudziestym siódmym roku w osadzie Szczurzyn, w powiecie Łuck na Wołyniu. Moja mama o imieniu Maria, urodziła się w 1897 roku na kielecczyźnie we wsi Adamów. Jej ojciec trzykrotnie wyjeżdżał do Ameryki i tam, jak inni Polacy, ciężko pracował. Kiedy trzeci raz powrócił zza oceanu, sprzedał gospodarstwo i pojechał na Wołyń, gdzie kupił aż sto dziesięcin ziemi. W tym były torfowe łąki, pola uprawne i nawet duże jezioro.
Ojciec miał na imię Stanisław i był od mamy dwa lata starszy, urodził się we wsi Biesiadki, w województwie krakowskim. W wieku osiemnastu lat zgłosił się na ochotnika do Legionów Józefa Piłsudskiego i walczył jako ułan legionista do końca pierwszej wojny światowej. Po jej zakończeniu, jako legionista, otrzymał dwadzieścia hektarów ziemi na Wołyniu. Wraz z innymi osiemnastoma wojskowymi zamieszkał w osadzie Szczurzyn w pobliżu dużej wsi o tej samej nazwie. Brakowało kobiet, w pojedynkę ciężko było nawet zacząć myśleć o gospodarowaniu. Mój ojciec, jak inni osadnicy, rozglądał się za sukienką. Trafił po pewnym czasie do Trestynia, do rodziny Sadów. Były tam trzy panny do wyboru. Wybrał średnią, Marię. Po ślubie zaczęli wspólnie budować zabudowania gospodarcze wraz z domem mieszkalnym. Mama wniosła do wspólnego majątku w posagu czternaście hektarów ziemi. Razem mieli jej więc sporo, bo aż trzydzieści cztery hektary. Ziemia czarnoziem, była więc bardzo urodzajna. Pierwsze dziecko zmarło po miesiącu. Mama po porodzie bardzo długo chorowała, leżała w szpitalu. W następnych latach przychodziły na świat kolejne dzieci. Najstarszy był Janek, następnie ja, czyli Stanisława, po mnie siostra Lodzia i trzech braci: Kazimierz, Henryk i Jerzy. Jak łatwo policzyć, było nas sześcioro. Taką gromadkę nie łatwo było utrzymać w ryzach, ale rodzice radzili sobie z nami doskonale. Od wczesnych lat wpajali nam karność, uczyli nas prawdomówności, kulturalnego zachowania, szacunku do dorosłych, przede wszystkim rodziców. W naszej osadzie była szkoła prowadzona przez Ukrainkę o nazwisku Sydorowicz. Dzieci polskie i ukraińskie uczyły się razem. Języka ukraińskiego uczono dwie godziny w tygodniu. Dla dzieci polskich był nieobowiązkowy. Jednak ja oraz brat Janek, na życzenie naszych rodziców, uczestniczyliśmy w nauce języka ukraińskiego. Janek uczył się aż cztery lata, ja niestety tylko dwa, ale też umiałam czytać i pisać. Tymczasem nasz ojciec założył ogromny, piękny sad. Na dwóch hektarach posadził aż dwieście wysokopiennych drzewek. Gospodarstwo rozwijało się. Rodzice zatrudniali do pomocy chłopaka oraz dziewczynę. W czasie żniw czy omłotów zatrudniali znacznie więcej ludzi. Trzeba pamiętać, że prace na polu wykonywano ręcznie. Tuż przed wybuchem wojny, tato z sąsiadem Sawickim kupili na spółkę żniwiarkę garściówkę.
Do kościoła było osiem kilometrów. Właściwie była to tylko kaplica, parafia mieściła się bowiem w odległym o osiemnaście kilometrów Kisielinie. Tam też odbywały się większe uroczystości kościelne, na przykład odpust.
Nadszedł rok 1939, zbliżały się wakacje. Najstarszy Janek skończył siódmą klasę. Miał iść na kurs rolniczy i w przyszłości zająć się gospodarstwem. Ja skończyłam piątą klasę i zdałam do szóstej, siostra Lodzia czwartą klasę, Kazimierz drugą, Henryk pierwszą. Jerzyk jeszcze do szkoły nie chodził, miał zaledwie pięć lat.
We wrześniu Niemcy napadli na Polskę. Ojciec jako rezerwista dostał wezwanie do wojska. Po kilku dniach został zwolniony do domu. Na wschodzie kraju panował spokój, nie odczuwaliśmy bezpośrednio skutków toczącej się wojny. Jednak coraz częściej z zachodu napływali do nas uciekinierzy. Niestety, nadszedł dzień siedemnastego września. Od wschodu wkroczyli Sowieci. Cała fala uciekinierów zaczęła wycofywać się na zachód. Dla Polaków na wschodnich terenach życie zmieniło się w koszmar. Sowieci dali Ukraińcom swobodę, ci poczuli się bezkarni. No i zaczęło się piekło na ziemi. Morderstwa i prześladowania Polaków. Muszę w tym miejscu podkreślić fakt wcześniejszych, bardzo dobrych bardzo stosunków między Polakami i Ukraińcami. Przykładów można by mnożyć wiele. Ja też wówczas miałam koleżanki Ukrainki Lidię i Nadię, brat Janek miał kolegę Waśkę. Wejście Sowietów wszystko zmieniło. Nasi przyjaciele stali się wrogami, były na szczęście wyjątki. Ukraińska banda każdej nocy zabierała z domu dwóch Polaków, w bestialski sposób ich mordowała. Ciała ofiar wrzucano do jam torfowych. Przyszła kolej na naszego ojca. Ocalił mu życie przestrzegając w konspiracji Ukrainiec Tichon Karmiejczuk. Powiedział „Panie Stasik, dziś w nocy mają wziąć was i Kucharskiego. Uciekajcie.” Tato wyszedł , z nami się nie pożegnał, bo nie chciał przysparzać nam i sobie bólu. Mama dała znać Kucharskiemu. Ojciec dotarł do miasteczka Torczyn, tam było dużo uciekinierów z terenów zajętych przez Niemców. Uciekł śledzącym go Ukraińcom. O tym, że uratował się docierając do rodziny we wsi Lewniowa w powiecie brzeskim, dowiedzieliśmy się później. My natomiast od momentu ucieczki ojca przez wiele nocy przeżywaliśmy piekło na ziemi. Ukraińcy szukali ojca, w mieszkaniu robili rewizję, wrzeszczeli, grozili, że zabiją nas, kradli, co się dało. Kolejny etap dyskryminowania Polaków polegał na zabieraniu im tego, co chcieli wziąć Ukraińcy i dawaniu biednym. Zabrano nam ziemię, żywy inwentarz poza baranami oraz zostawiono wspaniałomyślnie sad. Nie zaniechano przy tej akcji oczywiście nocnych „wizyt” sąsiedzkich. Za każdym razem myśleliśmy, że to nasz koniec. W okolicy mordowano nie tylko mężczyzn, ale także kobiety. W święta Bożego Narodzenia, dano nam spokój, niestety po Nowym Roku 1940, znów praktykowano starą metodę nachodzenia w nocy. Trzeba wiedzieć, że do rana nikt w domu nie mógł zmrużyć oka. Nadszedł dzień wywózki. Początek długiej tułaczki. O drugiej w nocy z dziewiątego na dziesiątego lutego, wpadli Ukraińcy z jednym żołnierzem sowieckim w mundurze NKWD, który poinformował mamę, że wyjeżdżamy w inne miejsce. Ten Rosjanin okazał się najbardziej ludzki, kazał po kryjomu bratu brać żywność na drogę. Zastrzelił z karabinu maciorę, kazał ją wypatroszyć, zapakować do worka i zanieść na sanie bagażowe. Ukraińcy klęli, ale posłusznie wykonywali rozkazy żołnierza. Nie czekając na nasze wyjście, zachowywali się jak u siebie w domu. U nas na podwórku zrobili punkt zborny. Nad ranem zaczęły zajeżdżać sanie z ludźmi i bagażami. Przeważały kobiety z dziećmi. W tych trudnych chwilach otuchy dodawała nam osadniczka Rokicka, która była wywieziona pierwszy raz na Sybir z rodzicami jako małe dziecko. Po spisaniu obecnych Polaków, około dziewiątej rano, długi korowód sań ruszył w drogę do oddalonej od nas szesnaście kilometrów stacji kolejowej Peresypy. Tam czekały na nas podstawione wagony dla bydła, do których zaczęto nas upychać. Rozpacz była wielka; nie tylko dzieci płakały, ale słychać było szloch kobiet wzdłuż całego pociągu. Wagony były podzielone na dwie części, każda z nich miała dwie drewniane prycze, na każdej z nich mieściło się piętnaście osób, w całym wagonie sześćdziesiąt osób, a często więcej. Po środku wagonu stał żelazny piecyk, tak zwana koza, kawałek za piecykiem bliżej ściany , w podłodze był otwór z wystawiona rurą. Tam można było załatwiać potrzeby fizjologiczne. Po sprawdzeniu obecności według listy, usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi i opadającego rygla, nastąpiła ciemność , bo dwa małe okienka pokryte gruba warstwą lodu światła nie dawały. W nocy pociąg ruszył w kierunku ruskiej granicy. W drodze wagony otwierano co dwa, trzy dni. Kazali wysiadać matkom. Wiedzieli, że wrócą do dzieci. Kobiety przynosiły drewno i wodę. Kiedy skończyły się zapasy żywności, zaczynał nam doskwierać głód. Po dwóch tygodniach przynieśli nam kilka bochenków chleba i zupę, która nie nadawała się do jedzenia. Wszystkim dokuczał ponadto tęgi mróz. Po miesiącu dotarliśmy do Kopytowa. Był to duży obóz. Dzięki mamie pozostaliśmy w nim. Ludzie lepiej ubrani, zdrowiej wyglądający zostali zabrani w dalsza drogę. Tym, co pozostali, dali trzy dni odpoczynku, potem skierowali do pracy w lesie. Mama poszła do piłowania , rozbijania drzewa w tak zwane łupki i składania w metry drewna na opał. Brat Janek, pomimo, że nie miał jeszcze szesnastu lat, został przydzielony z dorosłymi mężczyznami do ręcznej ścinki drzew. Zamieszkaliśmy w barakach zbudowanych z grubych, okrągłych bali, szpary poutykane były mchem. W środku, każda rodzina dostała niby pokój, czyli pomieszczenie z dwoma pryczami oddzielone deskami od sąsiednich.

3. Zdjęcie całego rodzeństwa na Wołyniu, od lewej stoją:
Janek, Stasia, Lodzia, Kazio i Henio, siedzi najmłodszy Jureczek
W końcu marca przyszła komisja, która spisała wszystkie dzieci powyżej trzynastu lat. Między nimi zalazłam się również ja. Ruski brygadzista zaprowadził nas na ogromny teren, na którym znajdowały się wykarczowane korzenie ściętych wcześniej drzew. Naszym zadaniem było ściągać te korzenie w jedno miejsce i palić. Dostaliśmy linki, które zakładano nam na ramiona, końcówki zaczepialiśmy do korzenia i ciągnęliśmy. Pracowałam przy ściąganiu tych korzeni trzy tygodnie. Zachorowałam na nogi, które wskutek ciężkiej pracy opuchły mi powyżej kolan. Na tej opuchliźnie pojawiły się jakby guzy, przy tym dostałam silnej gorączki. W takim stanie dostałam się do szpitala. Bardzo mi było żal moich pięknych, gęstych i długich włosów, które w chorobie wyszły same. W szpitalu przeleżałam trzy miesiące. Kiedy wróciłam do baraku , było lato. Z mchu w szczelinach ścian, wszystko, co zimą spało, zdążyło wtargnąć do pokoiku. Było dużo pluskiew, czerwonych mrówek. Gryzły niemiłosiernie, z trudem wytrzymywaliśmy. Karakany atakowały jedzenie. Jesienią wywieźli nas z Kopytowa w głąb lasu, do posiołka Niżnaja Łupia nad rzekę Wyczegdę. Była to Archangielska Obłość. Tu mieszkaliśmy też w domach z okrąglaków, jednak były one piętrowe. W środku panowała ogromna ciasnota. Na przykład siedem osób naszej rodziny zajmowało dwie prycze. Dokuczał nam głód. Chleb był na kartki. Pracującemu przysługiwało siedemset gramów, dziecku trzysta gramów chleba. Dla głodującego i ciężko pracującego człowieka te porcje nic nie znaczyły. W posiołku była stołówka, w której można było kupić zupę, kasze, groch czy bliny. Na utrzymanie się w stołówce mógł sobie pozwolić tylko ten, kto był bez rodziny i pracował tylko na siebie. Mama chodziła po kołchozach i wymieniała co się dało, szczególnie rzeczy osobiste na jedzenie. Czasem przynosiła trochę mąki albo kaszę, czasem kartofelki. Przydzielono mamę do pracy w bani, rodzaju łaźni, takiej rosyjskiej sauny. Nadeszła zima. Zbliżało się Boże Narodzenie i było coraz głodniej. W wigilię i święta zjedliśmy suchy chleb, popiliśmy kipiatokiem czyli gorącą wodą. Mama zrobiła nam niespodziankę, po północy, w pierwszy dzień świąt przytaskała z odległego kołchozu szesnaście kilogramów kartofli. Syci i szczęśliwi poszliśmy spać. Na początku maja brat Janek zachorował na tyfus i został zabrany do szpitala. Tam na skutek złej opieki dostał obustronnego zapalenia płuc. Zapowiadał się w rodzinie dramat. Jednak dzięki rozpaczliwej interwencji mamy u lekarza, udało się chłopca uratować. Wiosną , wszyscy ludzie pracujący w lesie, rozpoczęli pracę na spływie drewna na rzece Wyczegdzie. Ja też poszłam do pracy na spław. Pracowaliśmy na wodzie segregując według numerów napływające dłużyce. Od czasu, kiedy wpadłam do lodowatej jeszcze wody, mama zakazała mi pracować przy spływie. Janek wyszedł ze szpitala. Został ukarany utratą dwudziestu jeden procent pensji przez okres pół roku za jeden nieusprawiedliwiony dzień nieobecności w pracy, kiedy zachorował i nie dostał się tego dnia do szpitala. Latem korzystaliśmy z dobrodziejstw lasu. Jedliśmy ogromne ilości jagód oraz malin. Nawet je sprzedawaliśmy zarabiając na cenny dla nas chleb.
W sierpniu dowiedzieliśmy się o amnestii zastosowanej wobec Polaków przez rząd sowiecki. Był to wynik porozumienia zawartego w dniu 30 lipca 1941 roku przez naszego premiera Władysława Sikorskiego i przedstawiciela Sowietów Iwana Majskiego. W tym czasie był ambasadorem ZSRR w Londynie. Mogliśmy zacząć poruszać się po Rosji jako wolni ludzie. Zrobił się wielki ruch i zamieszanie, ludzie zaczęli wyjeżdżać na południe. Powstawały polskie delegatury i formowano wojsko polskie. Dowiedzieliśmy się, że w Buzułuku jest polska Delegatura i powstają oddziały naszego wojska. Ci, co mieli pieniądze na bilet i na chleb, ruszyli więc na Buzułuk. My zostaliśmy. Pod koniec września udało się uciułać trochę rubli, mama piekła na płycie kuchennej placki na drogę. Ruszyliśmy w połowie października, kiedy śnieg sięgał do kolan, rzeka zaczynała zamarzać. Statkiem dopłynęliśmy szczęśliwie do Kotłasu. Tam czekaliśmy tydzień pod gołym niebem na podstawienie pociągu towarowego. Tym razem, w czasie podróży, drzwi wagonu nie były zamknięte na rygiel. Mimo to, warunki panowały okropne, wozili nas po Rosji dwa miesiące. Ludzie chorowali i umierali. Panował głód. A z Kotłasu jechaliśmy do Kirowa, z Kirowa przez Ural do Świerdłowska, potem wróciliśmy za Ural. Tym razem stanęliśmy na dłużej w Kujbyszewie. Ponieważ nadeszła wiadomość, że Buzułuk jest przepełniony, cofnęli nas ponownie za Ural, tym razem do Czelabińska. Stad pojechaliśmy do Nowosybirska. Dalej przez Kazachstan, mieliśmy postoje w Barnauł, Karagandzie, Ałma Atcie. Pojechaliśmy do Uzbekistanu, tam kilka dni przebywaliśmy w niewielkiej miejscowości Uruksatińsk. Sowieci potrzebowali pociągu do transportu swoich wojsk. Święta Bożego Narodzenia w 1941 roku spędzaliśmy w wagonach. Dowieźli nas do Taszkienckiej obłości, tam kołchoźnicy zabrali nas do swoich domów arbami (wozami) zaprzężonymi w woły. Dotarliśmy po kilku godzinach do kołchozu Bolszewik , około pięćdziesiąt kilometrów od Taszkientu. W kołchozie Uzbecy uprawiali wyłącznie konopie. Tam nas zatrudniono także przy konopiach. Po bardzo trudnym okresie, kiedy żyliśmy w nędzy, mama wyrwała się z drugą Polką do Taszkientu. Tam była Polska Delegatura. Wróciły i przywiozły trochę żywności. Kiedy pojechały ponownie, wyprawa skończyła się źle. Zostały napadnięte i obrabowane przez opryszka. Przywiozły niewiele. Tymczasem Janek otrzymał wezwanie do Armii Radzieckiej. Musiał pojechać, ale odmówił służby w wojsku sowieckim. Pojechał do Kirmyna, gdzie formowano polskie wojsko. Został przyjęty. Mama załatwiła przyjęcie mojego rodzeństwa do Orląt w dosyć dużym mieście Wrewskoje. Tam młodsze rodzeństwo pozostało pod opieką naszego wojska. Z mamą zamieszkałam we Wrewskoje. Przyjęto mnie wkrótce do Junaczek. Wielkim wydarzeniem było dla nas bierzmowanie i Pierwsza Komunia św. z udziałem biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Gawliny.
W połowie sierpnia 1942 roku nastąpił czas wyjazdu ze związku Radzieckiego do Persji. Pociągami zawieziono nas do Krasnowodzka, tam czekaliśmy trzy dni w wielkim skwarze , bez wody na statek. Kiedy przypłynął, oprócz junaczek weszło wojsko. Z pieśnią „ Boże, coś Polskę” odpływamy pozostawiając na zawsze ziemię uzbecką. Po trzech dobach pokonaliśmy Morze Kaspijskie i zacumowaliśmy w porcie Pachlewi. Tutaj całe rodzeństwo odnalazło się. Niestety, wkrótce najmłodszy brat Jureczek zachorował i zmarł w szpitalu. W końcu września 1942 roku dotarliśmy ciężarówkami do Teheranu. Teraz już z mamą zamieszkaliśmy w długich, drewnianych szałasach. Warunki życia były bardzo dobre. Do naszej gromadki dołączyły dwie małe dziewczynki, córki mamy siostry Julii. Przebywały w sierocińcu. Zajęliśmy się nimi troskliwie. W Teheranie był obóz przejściowy dla Polaków. Ludność napływająca tutaj ze Związku Radzieckiego była schorowana, wycieńczona. W Teheranie zostało na cmentarzu ponad dwa tysiące Polaków. W połowie stycznia 1943 roku przyszedł czas na dalszą drogę. Pociągiem ruszyliśmy do Ahwazu, tam byliśmy bardzo krótko. W końcu lutego odpłynęliśmy do Karaczi. Zatoką Perska płynęliśmy w konwoju tydzień. W Karaczi przewieziono nas do obozu na piaszczystej równinie. Tam zamieszkaliśmy w namiotach wojskowych. W nocy przerażały nas skradające się szakale. Wkrótce zaczęliśmy uczęszczać do szkoły polskiej. Organizowano transporty dzieci i osób cywilnych do Meksyku i do Afryki. Dopiero na początku lipca 1943 roku opuściliśmy Karaczi. Zaokrętowano nas na duży statek towarowy „Erinpura” i przez Morze Arabskie i Ocean Indyjski popłynęliśmy w stronę Afryki. Na oceanie przeżyliśmy potężny sztorm. Po kilku tygodniach dotarliśmy do Tanganiki, do portu Dar es Salam. Tam mieliśmy kilka dni odpoczynku przed dalszą drogą. Następnie zostaliśmy przewiezieni do Kigomy – portu na jeziorze Tanganika. Tutaj przebywaliśmy tydzień. Z Kigomy popłynęliśmy przez jezioro do portu Mpulung, stąd przewieziono nas samochodami do osiedla Abercorn. Był koniec sierpnia 1943 roku. Osiedle Abercorn znajdowało się w Północnej Rodezji, wybudowano je w buszu na krótko przed naszym przybyciem. Osiedle składało się z sześciu sekcji. Każda z nich składała się z trzydziestu dwóch domków jednorodzinnych, pralni i umywalni z betonowymi wannami, do których nosiło się wodę do mycia podgrzewaną w specjalnych beczkach. Każdy domek przeznaczony był dla czterech osób. Ponieważ było nas siedmioro, dostaliśmy dwa domki. W domku nad łóżkiem trzeba było obowiązkowo zawieszać moskitierę. Dość szybko zorganizowano szkołę pod kierunkiem pani Burdziny. Dzieciaki poszły do szkoły. Ja miałam już siedemnaście lat i czułam się za stara do nauki w szkole. Jeszcze wcześniej, w Teheranie, wstąpiłam do harcerstwa. Tutaj, w Abercornie, dziewczęta w moim wieku zorganizowały się ponownie. Były dwie drużyny żeńskie. Powstała też jedna drużyna męska. Nasza drużynową była Genia Gałasińska. Drużynowym drużyny męskiej był Czesiek Męcner, a hufcowym Tadeusz Pasierski. Był to harcerz z przed wojny. Świetny organizator. Była jeszcze gromada zuchów. Wodzem zuchów był mój brat Kazio. Harcerstwo w Abercornie działało bardzo prężnie, było duszą obozu. Organizowaliśmy – harcerki i harcerze święta narodowe i kościelne, różne imprezy, festyny i ogniska dla wszystkich mieszkańców osiedla. Pierwszym duszpasterzem był u nas misjonarz Jan Waligóra z Krakowa. W Afryce przebywał od piętnastu lat. Znał kilka języków. W 1944 roku do naszego osiedla przybył z USA młody, energiczny ks. Kapelan Antoni Wierzbiński. Szybko zabrał się za budowę kościoła. Oczywiście po naradzie z ludźmi. Kościół budowali wszyscy. Powstał dość szybko i to była nasza duma i jednocześnie wygoda, bo od tej chwili zbieraliśmy się w świątyni, a nie w domkach, czy przy polowych ołtarzach.
Jeszcze w tym samym roku dotknęła nas rodzinna tragedia. Dostaliśmy wiadomość, że na wojnie zginął najstarszy z rodzeństwa, brat Janek. Poległ w czasie walk z Niemcami we Włoszech pod Loretto i tam został pochowany. Po wielu latach grób Janka odwiedziły moje córki Elżbieta i najmłodsza Teresa oraz bratowa Zosia Koniarz, żona Henryka. Było to podczas pielgrzymki do Rzymu. Brat Janek zanim zginą, był trzykrotnie ranny. Ciężko ranny został pod Monte Cassino. Przeleżał w szpitalu dwa miesiące. Po wyjściu ze szpitala i krótkim okresie rekonwalescencji wrócił na front. Zginął dokładnie dziewiątego sierpnia 1944 roku w wieku dwudziestu lat. Był żołnierzem oddziałów pancernych. Po jego śmierci przysłano nam trzy Krzyże Walecznych oraz legitymację do Krzyża Virtuti Militari. To odznaczenie otrzymał pośmiertnie. Bohaterska śmierć brata była dla naszej rodziny ogromnym ciosem, szczególnie dla naszej mamy. Od tej chwili przestaliśmy formalnie być zaliczani do rodzin wojskowych.
Życie w osiedlu powoli stabilizowało się. Starsze dzieci wyjeżdżały do Lusaki albo do Kidugali. Ja też wyjechałam do Lusaki do Szkoły Żeńskiej Przysposobienia Gospodarczego. Po roku ukończyłam szkołę i wróciłam do Abercon. Nieco później zaczęłam poszukiwanie mojego ojca przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Poszukiwaliśmy również matkę dziewczynek Heli i Adeli. Po kilku miesiącach odnaleźliśmy ojca. Ciocię odnaleziono w Tangerze. Przyjechała po swoje córki pod koniec 1946 roku. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego ciocia wcześniej oddała swoje córki do sierocińca. Nasza mama była dla mnie bohaterką. Zawsze, w najtrudniejszych i beznadziejnych chwilach walczyła o swoje dzieci. I nie pogubiła nas po świecie. Ciocia miała jeszcze dwóch synów. Starszy Tadeusz był w wojsku, młodszy w junakach. Była to też rodzina wojskowa, która miała prawo wyjazdu do Anglii. Ciocia chciała, żebym jechała z nimi. Odmówiłam. Nigdy bym nie zostawiła mamy. Nie mogłam zapomnieć, że mama pilnowała także mnie w wielkiej biedzie, jak ptak swoje pisklę. Teraz, kiedy nic nam nie zagrażało miałam zostawić mamę i rodzeństwo i wyjechać z ciocią? Ta propozycja mnie poniżała i upokarzała. Po jakimś czasie wypisałam się z harcerstwa uznając, że jestem już zbyt dorosła. Pamiętam jednak, że jako harcerka poznałam bardzo dobrze przyrodę afrykańską. Okolice wokół naszego osiedla były bardzo piękne. Często w porze dziennej chodziliśmy do buszu. Kilka kilometrów od osiedla był wodospad. Jego wysokość była dość znaczna – wynosiła ponad sto metrów. Byłam zachwycona krajobrazem afrykańskim, widokami, które nas otaczały. Lubiłam patrzeć na drzewa, a szczególnie na piękne kwiaty. Ja też miałam ogródek kwiatowy, w którym rosły trzy krzewy bordowych róż, jeden spory krzew, który nazwaliśmy piąta godzina, bo zakwitał ślicznymi amarantowymi dzwonkami od piątej po południu do piątej rano. Cały ogródek był otoczony powojem , z każdego boku w innym kolorze.
Na Boże Narodzenie zamiast choinki były bukiety róż. Taka jest Afryka. W czasie, kiedy żyliśmy w Afryce w latach 1943 – 1948 Zambia była kolonią angielską. Był zakaz spotykania się z tubylcami. Nawet bez tego nie spotykaliśmy się z nimi. Baliśmy się ich, oni nas. Z czasem oswoiliśmy się wzajemnie i zaczynaliśmy się spotykać. Ludność tubylcza żywiła się skromnie tym, co ofiarował im busz. Niektórzy w małych ogrodach uprawiali kukurydzę, maniok i warzywa jak fasolę czy pomidory. Murzyni nie wiedzieli, co to jest chleb. Nauczyliśmy ich jak go spożywać. Bardzo im smakował. Mężczyźni nie pracowali, wszystkie czynności wykonywały kobiety.
Ks. Wierzbiński założył Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej, do którego również ja się zapisałam. Należałam także do kościelnego chóru. Miałyśmy swoją świetlicę, gdzie chętnie spotykałyśmy się. Swoją świetlicę mieli też harcerze. Była też sala taneczna oraz scena. Ukończyłam sześciomiesięczny kurs sanitarny o specjalności siostra pogotowia sanitarnego PCK i zdałam egzamin komisyjny.
Praktykę odbyłam w szpitaliku osiedlowym i miejskim. Miałam propozycje pracy w szpitalu, ale nie przyjęłam jej. Miałam za słabe serce. Ludzie prze okres pięciu lat pobytu w obozie zaprzyjaźnili się ze sobą, byli bardzo zżyci , jak jedna wielka rodzina. Z czasem każdy zaczął tęsknić za ojczyzną. Wojna się skończyła. Polacy marzyli o wolnej i niepodległej Polsce, bo przecież tylu jej żołnierzy oddało życie za wolność. Stało się inaczej. Polska znalazła się pod butem sowieckim. W osiedlu powstał wielki niepokój. Z Polski przyjeżdżali prelegenci i zaczęli namawiać do powrotu do kraju. Oczywiście obiecywali złote góry, przyjęcie z wielkimi honorami. Mimo to ludzie nie dawali wiary tym obiecankom. Raz już przeszli przez sowiecki raj. Zbliżał się termin likwidacji obozu. Władze polskie i angielskie nie bardzo wiedziały, co z nami zrobić, bo ludność pochodziła przeważnie z kresów wschodnich. Rodziny wojskowe mogły wyjechać do Anglii. Kto miał kogoś w Polsce, wyjeżdżał do Polski. Oskarżano ich o zdradę. Niezdecydowani mogli wybrać: Kanadę, Meksyk, Nową Zelandię czy Australię. Jeszcze inni mogli pozostać w Afryce. My szczęśliwym trafem odnaleźliśmy ojca w Polsce. Objął małe gospodarstwo blisko Jeleniej Góry, we wsi Kromnów na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zdecydowaliśmy się na powrót do Polski, ażeby na zawsze skończyć z tułaczką po świecie. Jak się wkrótce okazało, droga do Polski nie była łatwa. Po smutnym pożegnaniu, ruszyliśmy samochodem ciężarowym z Abercornu do Lusaki. Podróż do Lusaki oddalonej o sześćset mil trwała trzy dni. Tam czekaliśmy na Polaków z innych osiedli. Kiedy zebrało się sto dwadzieścia osób, ruszyliśmy na południe pociągiem. Ulokowano nas w pierwszej klasie. Z Lusaki przez Livingstone, Salisbury i Bulaway dojechaliśmy do Gatoomy. To niewielkie osiedle położone było niedaleko miasta o tej samej nazwie. Umieszczono nas w namiotach wojskowych. Panował w tym czasie upał nie do zniesienia. Po kilkudniowym odpoczynku dojechaliśmy do portu Beira. Tutaj zostaliśmy zaokrętowani na niewielki stateczek, którym tydzień płynęliśmy do Mombasy. Tam czekał na nas statek grecko-włoski „Cairo”. Dołączyła do nas spora grupa Polaków z Tangeru. Ruszyliśmy na Ocean Indyjski do Zatoki Adeńskiej. Tam, po postoju w Adenie przez Morze Czerwone dopłynęliśmy do Port Saidu. Z Port Saidu Morzem Śródziemnym do portu Genua we Włoszech. Następnie lądem, luksusowym pociągiem przez Alpy, Wiedeń w Austrii, Pragę w Czechach do Czechowic – Dziedzic.
Z Afryki wyjechaliśmy 15 kwietnia 1948 roku, do Polski przyjechaliśmy 18 czerwca tego samego roku. W Dziedzicach, zamiast obiecanych kwiatów przywitało nas wojsko z karabinami, skierowano nas na punkt zbiorczy. Dostaliśmy przepustki i bilety na kraj. Ponadto 500 złotych na osobę. Dla porównania kilogram czereśni kosztował wtedy 150 złotych. Niestety nikt z kolejarzy nie wiedział nic o pociągu do Jeleniej Góry. Ktoś życzliwy powiedział nam, że bez łapówki pozostaniemy na długo w punkcie zbiorczym. Wyciągnęliśmy zapasy herbaty, papierosów, puszkę kakao i poszliśmy do zawiadowcy stacji. Szybko okazało się po, że pociąg do Jeleniej Góry odchodzi wieczorem tego samego dnia. 20 czerwca dojechaliśmy do Jeleniej Góry. Ja pierwsza poznałam ojca, który mnie w pierwszej chwili potraktował jak zupełnie obcą kobietę. Przed stacją czekał na nas piękny powóz zaprzężony w parę koni. Byliśmy tym zachwyceni. Jechaliśmy szesnaście kilometrów zauroczeni krajobrazem Karkonoszy i Gór Izerskich. Wjechaliśmy z wielką pompą do wsi Kromnów, w oknach tylko firanki się ruszały. My byliśmy szczęśliwi, że dojechaliśmy do naszego nowego domu, że to koniec tułaczki, chociaż bagaży długo nie rozpakowywaliśmy, bo wciąż wydawało się nam, że za chwilę ruszymy dalej. W domu ojca, który stał się naszym domem, czekało na nas wspaniałe przyjęcie, sporo gości, z którymi od razu zaprzyjaźniliśmy się.
Jakie były nasze dalsze losy? Henio skończył szkołę zawodową i technikum o profilu optyk. W tym zawodzie pracował czterdzieści dwa lata. Siostra Lodzia w październiku 1948 roku wyszła za mąż. W 1955 roku z mężem i dwoma synami wyjechała do Kalisza. Kazio skończył osiemnaście lat i nie mógł być przyjęty do żadnej szkoły zawodowej. Gdzieś wyczytał w gazecie, że w Warszawie przyjmują starszych chłopców do szkoły zawodowej przygotowującej do zawodu dekarza. Pojechał i został przyjęty. W wyuczonym zawodzie nigdy nie pracował. Do emerytury zatrudniony był w Gminnej Spółdzielni w Starej Kamienicy. Ja lubiłam pracować w gospodarstwie, uczyć się wszystkiego od początku. Nauczyłam się doić krowy, umiałam posługiwać się kosą, potrafiłam kosić nawet koniczynę, bronować pole wołem. Dopiero rok później wyszłam za mąż. W ciągu dwunastu lat urodziłam i wychowałam czworo dzieci – jednego syna i trzy córki. Doczekałam się dziewięcioro wnucząt, sześciorga prawnucząt. Bardzo ich wszystkich kocham i jestem szczęśliwa, że mam tak liczną rodzinę.
To, że spisałam historię mojego życia, a dokładnie okres dzieciństwa i młodości, zawdzięczam najmłodszej córce Teresie. Po prostu kupiła mi zeszyt, długopis i powiedziała: „Mamo pisz”. I tak zaczęło się to moje pisanie.
Czerwiec, 2005 rok
Streszczenia wspomnień mieszkanki Kromnowa Stanisławy Krakowskiej pt. „Moje wspomnienia” dokonał Edward Biliński.
Październik, 2009 rok
Zdjęcia w kolejności:
1. Rodzice: Maria i Stanisław Koniarz
2. Ojciec w mundurze wojskowym
3. Zdjęcie całego rodzeństwa na Wołyniu, od lewej stoją:
Janek, Stasia, Lodzia, Kazio i Henio, siedzi najmłodszy Jureczek
4. Stasia jako nastolatka w Afryce
5. Najstarszy z rodzeństawa Janek jako żołnierz gen. Andersa
6. Polskie dziewczęta w czasie kursu sanitarnego PCK w Abercorn w Afryce
7. Świadectwo ukończenia kursu
8. Czwórka rodzeństwa ocalała z pożogi wojennej
od lewej: Kazio, Lodzia, Henio, i Stasia w Afryce







