Zimowa zrywka drewna saniami
Historyczne metody pozyskania drewna
Mogłoby się wydawać, że zimową zrywkę drewna za pomocą sań konnych prowadzono przed wieloma dziesiątkami lat, tymczasem taki sposób gospodarowania w lesie wykorzystywany był jeszcze pod koniec lat 70. ub. wieku. I wciąż pamiętają go ludzie, którzy te prace wykonywali.
Wyobraźmy sobie następującą scenerię: jest grudniowy dzień 1968 r., mroźny, bo z temperaturą -15°C, pokrywa śniegu ma grubość około 2 m. To idealne warunki, żeby zrywać drewno! Na wysokości 1200 m n.p.m. wydrążonym w śniegu tunelem idzie koń ciągnący za sobą sanie załadowane 2 metrami przestrzennymi (mp) drewna, za którymi na specjalnych łańcuchach ciągnie kolejne 2 metry. Oczywiście za tym zestawem podąża człowiek – zrywkarz (zwany również wozakiem), który musi załadować i rozładować sanie, a przede wszystkim przypilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem.
Zacznijmy jednak od opisu przygotowań do podjęcia tych prac zimą. Najpierw, jeszcze latem wycinano w Karkonoszach drzewa pochodzące najczęściej z wiatrołomów lub te zasiedlone przez kornika drukarza, prowadząc tzw. cięcia sanitarne. Robiono to często w miejscach tak niedostępnych, że nie było możliwości zerwania drzewa w postaci dłużycy (całej kłody) i zrywkę pozostawiano na okres zimowy.
Drewno cięto na wałki o długości 1 m, ręcznie korowano, często łupano na szczapy i ustawiano w stosy o wysokości około 2 m i szerokości od 5 do 10 m. Była to tzw. papierówka, czyli drewno przeznaczone do produkcji papieru. Aby taki stos można było odnaleźć pod grubą warstwą śniegu, trzeba było zaznaczyć go chorągiewką zatkniętą na kilkumetrowej tyczce. Tak przygotowany czekał na nadejście zimy.
Gdy opad śniegu był wystarczająco duży – a trzeba zaznaczyć, że zimy w tamtych czasach były zdecydowanie obfitsze pod względem ilości śniegu, niż te, do których ostatnio przywykliśmy – można było rozpocząć przygotowania do zrywki. Przede wszystkim należało przetrzeć szlak zrywkowy. Jeśli komuś z Czytelników zdarzyło się wędrować po górach w kopnym śniegu, łatwo może sobie to wyobrazić.
Praca ta trwała z reguły dwa dni i brało w niej udział kilku wozaków z końmi. Śnieg ugniatano, a miejscami odrzucano jego nadmiar łopatami. Zespół torujący trzeba było często zmieniać, ponieważ zajęcie to zarówno dla człowieka, jak i konia było bardzo wyczerpujące. Zdarzało się niekiedy, że przygotowany szlak był zasypywany przez śnieg, który spadł w nocy lub został nawiany przez wiatr. Pracę trzeba było wtedy wykonać od początku. Długość takiego szlaku wynosiła często kilka kilometrów (przeważnie od 1 do 2 km).
Po przetarciu szlaku zrywkowego i odnalezieniu chorągiewki należało odkopać stos drewna. Odnalezienie go nie zawsze było łatwe i do dziś wędrując po górach możemy znaleźć stosy, do których nie trafili wozacy. Łatwo obliczyć, że jeżeli stos miał 2 m wysokości, plus grubość pokrywy śnieżnej, to człowiek, który musiał tam wejść i zrzucać wałki, znajdował się w śnieżnej jamie o głębokości około 3-4 m.
A jak wyglądały sanie? Była to dość prosta, ale przemyślana konstrukcja. Płozy wykonane były najczęściej z łukowato wygiętej brzozy. Niekiedy była ona trałowana (przecinana wzdłuż), ale przeważnie używano drewna okrągłego, zapewniającego saniom większą sterowność. Płozy łączono ze sobą za pomocą dwóch wałków papierówki przykręconych do nich śrubami. Na każdej płozie od góry przybijano gwoździe, które zapobiegały przesuwaniu się dolnej warstwy wałków. Na pierwszej warstwie układano kolejne tak, że na saniach znajdowało się około 2 mp drewna. Całość opasywano dwukrotnie łańcuchem i podczepiano do orczyka.
Nasuwa się pytanie, jak ten ładunek wyhamowywano.
Przecież takie sanie jadąc z góry, mogłyby uderzyć w konia! Rozwiązanie tego problemu było proste, a zarazem genialne. Do sań mocowano kolejny łańcuch, a do niego przeważnie 5 pęczków mniejszych łańcuchów zakończonych metalowymi klinami. Do każdego z nich mocowano wałek i w ten sposób za saniami ciągnięto około 50 wałków, co dawało kolejne 2 mp drewna i zapewniało skuteczne hamowanie. Bezpiecznie i z pożytkiem!
Warto wspomnieć o wydajności i stronie finansowej tej pracy. Była ona wyjątkowo dobrze płatna! Opisany wyżej zestaw dostarczał ok. 4-5 mp drewna, czyli przeciętnie 3,5 m³. W ciągu jednego dnia można było wykonać nim dwa lub trzy kursy, czyli zrywano średnio 8 m³. I jeśli przykładowo w 1968 r. stawka za zrywkę na odległość 2,1 km wynosiła 241,05 zł za 1 m³, to zakładając tylko dwukrotny kurs z drewnem w ciągu jednego dnia, otrzymujemy kwotę 1687 zł.
Dla porównania, przeciętne wynagrodzenie według Monitora Polskiego wynosiło wtedy 2106 zł miesięcznie, a dyrektor KPN-u zarabiał wówczas 3600 zł, czyli… nieco dwa razy więcej, niż mogła wynosić dniówka zrywkarza! Takie to były czasy!
Dariusz Żmurko
leśnik, konserwator Obwodu Ochronnego „Przełęcz” w KPN,
przewodnik sudecki
OD REDAKCJI: Współcześnie, gdy do niemalże każdej pracy wykorzystujemy nowoczesne maszyny i technologie, historyczne metody prowadzenia prac leśnych w ekstremalnie trudnych, górskich warunkach powoli odchodzą w zapomnienie. Warto je przypomnieć jako przemijające wyróżniki specyficznej kultury gospodarowania na tych terenach.
KARKONOSZE 1(279)/2015
Zachęcamy do prenumeraty wersji papierowej czasopisma „Karkonosze”.




