II Zamkowe Spotkania z Historią ZAMEK CZOCHA
II Zamkowe Spotkania z Historią ZAMEK CZOCHA 8-9.11.2014
Sam pisze o sobie, że pracując nad najnowszą książką wszedł w cudzą skórę. Zdaniem autora powinna ona była wyjść spod pióra historyka brytyjskiego. Bo „Ryba” – to przygoda przede wszystkim kryptologów brytyjskich, którzy złamali niemieckie szyfry dalekopisowe. W przeciwieństwie do historii „Enigmy”, gdzie intelektualne fundamenty sukcesu mają jednoznacznie polskie korzenie. Jest zwolennikiem uporządkowania zafałszowanej historii kryptologii czasów II wojny światowej. Spoglądając w głębiny historii dostrzega przede wszystkim ludzi i emocje które towarzyszyły ich działaniu (usiłując przekazać je czytelnikowi). Historycznemu kłamstwu przeciwstawia odkrywaną prawdę. Z powodzeniem…
„Enigma”, „Ryba” i zapomnieni Polacy….
Rozmowa z Markiem Grajkiem, kryptologiem, autorem książek „Enigma. Bliżej prawdy” i najnowszej „Nie tylko Enigma. Ryba, która przemówiła”
– Jak zostaje się kryptologiem?
– W dzisiejszych czasach jest to zarazem trudniejsze i prostsze niż w czasach Rejewskiego i jego kolegów. Trudniejsze, bo wiedza kryptologiczna niesłychanie rozwinęła się w okresie ostatniego stulecia. Łatwiejsze, bo kryptologia wyszła jednocześnie z wojskowo-dyplomatycznego podziemia i służy nam wszystkim. Najprostszą drogę do kryptologii mają matematycy, a zawdzięczają to Rejewskiemu, Różyckiemu i Zygalskiemu. Łamiąc szyfr „Enigmy” dokonali rewolucji w kryptologii czyniąc z niej dziedzinę matematyki stosowanej. Jeśli ktoś z czytelników chciałby rozważyć karierę kryptologa, warto zastanowić się nad studiami informatycznymi, dorzucając dla kompletu matematykę.
– Brytyjczycy mieli problem z uznaniem polskiego wkładu w złamanie kodu „Enigmy”. Czy po pokazanej w Bletchley Park wystawy „Enigma. Odszyfrować zwycięstwo” coś zmieniło się w tej kwestii?
– Zmieniło o tyle, że Brytyjczycy dopuścili do swojej świadomości kluczową rolę Polaków. Na cały jeden dzień. Nasi agenci donieśli, że po miłej uroczystości inauguracji wystawy w głównym budynku muzeum następnego dnia została ona przeniesiona do peryferyjnego baraku, gdzie ponoć była troskliwie trzymana pod kluczem. Uzgodnienia i przekonywania zabrały blisko trzy lata, efekt był nieco krótkotrwały.
– Powiedział Pan przed rokiem, że większość brytyjskich książek o „Enigmie” powinna zostać napisana od nowa.
W 2007 roku lubiany w Polsce brytyjski historyk Norman Davies napisał o roli Polaków w tej przygodzie: przedwojenny polski wywiad dowiedział się, że niemieccy specjaliści opracowują zautomatyzowany stale zmieniający się kod oparty na działaniu dostępnego na rynku urządzenia pod nazwą „Enigma”. Polscy agenci dostali się do fabryki, w której konstruowano tę maszynę i zdobyli dokładne, szczegółowe jej projekty. Czyli nie matematycy, nie wysiłek intelektu, tylko złodzieje, ludzie z epoki „płaszcza i szpady”, z dodatkiem wytrycha. Inne publikacje brytyjskich historyków powielają ten stereotyp. To nie mieści się w pojęciu interpretacji historii, to zwykła bzdura.
Czy coś zmieniło się w międzyczasie? Z jakim skutkiem?
– Polskie starania o przywrócenie właściwych proporcji przynoszą dobre efekty w zasadzie wszędzie poza Wielką Brytanią. Na Wyspach ich efekt jest ograniczony do dwóch nieco hermetycznych środowisk. Większość brytyjskich historyków jest świadoma roli Polaków w historii „Enigmy”, mają oni jednak naturalną tendencję do minimalizowania ich zasług. Także przeważająca większość kryptologów ma świadomość, że prawdziwymi ojcami sukcesu byli Polacy a nie Brytyjczycy. Poza tymi środowiskami ciągle aktualny jest mit kluczowego wkładu wniesionego przez Alana Turinga. Jest on powszechnie uznawany za największego matematyka XX stulecia i chwały wystarczy mu w obszarach poza „Enigmą”. Ja lubię wracać do opinii Mariana Rejewskiego, zapisanej w jego pamiętnikach, po spotkaniu z Turingiem, jedynym zresztą…
– …do którego doszło…
– …we Francji, w styczniu 1940 roku. 2-3 miesiące wcześniej Brytyjczycy usiłowali „obejść” Polaków wykorzystując tzw. płachty Zygalskiego. Po czym uznali, że skoro nie są w stanie rozpracować „Enigmy” samodzielnie, usiłowali Polaków ściągnąć do siebie. Dopiero, kiedy spotkali się z odmową ze strony Francuzów, pod których dowództwem ówcześnie Polacy pracowali, Brytyjczycy wysłali do Francji Alana Turinga. Polacy na jego oczach złamali szyfr „Enigmy”. Turing zrozumiał, na czym polegał jego błąd, powrócił do Wielkiej Brytanii i dwa dni później złamał szyfr na oczach swych przełożonych polską metodą. W swoich pamiętnikach Rejewski charakteryzuje Turinga pisząc, że „nasz młody kolega jest mocno zaawansowany w kwestiach logiki matematycznej, jednak wydaje się być początkującym kryptologiem”.
– Dlaczego polscy kryptolodzy milczeli po wojnie w sprawie „Enigmy”? Związani byli słowem honoru?
– Przyczyna była oczywista. Jerzy Różycki nie doczekał końca wojny, zginął w 1942 roku w katastrofie morskiej płynąc z Algieru do Francji, pozostała dwójka została zdemobilizowana w 1946 roku. Zygalski, który nie pozostawił w kraju rodziny, za której losy czułby się odpowiedzialny, zamieszkał w Wielkiej Brytanii. Rejewski czuł się zobowiązany do powrotu, do rodziny. Na drogę dostał dobrą radę od pułkownika Mayera, szefa przedwojennego polskiego wywiadu: „Jeśli Pan musi wracać do kraju, to niech Pan stara się w nim tak żyć nie zwracając na siebie uwagi”. Rejewski wypełniając po wojnie ankiety personalne nie krył swej przeszłości, zaznaczał jednak lakonicznie: „przed wojną byłem urzędnikiem cywilnym II Oddziału Sztabu Głównego”. Z akt IPN-u wynika, że UB inwigilowało go nieustannie. Wiedzieli, że był przedwojennym „dwójkarzem”, założyli mu teczkę o jednoznacznym kryptonimie „Kryptolog”. Wielokroć powodowali zwolnienie z go z kolejnej, mało atrakcyjnej posady, a kilkakrotnie usiłowali „przykleić” do spraw rzekomego antykomunistycznego podziemia. Rejewski zachowywał skrajną ostrożność, zrezygnował z wszelkich zawodowych ambicji, żył cicho, na ile to było tylko możliwe i uniknął najgorszych konsekwencji. Wiedział, że jest na cenzurowanym. Po powrocie do kraju napisał do jednego z przyjaciół, że szybko zorientował się skąd wieje wiatr historii, zerwał stare znajomości, a nowych starał się nie zawierać. Jego teczkę uzupełniano do 1967 roku, kiedy przeszedł na emeryturę. Dopiero wtedy zdecydował się napisać wspomnienia i zdeponować je w Wojskowym Instytucie Historycznym. Niedawno ukazały się drukiem1.
– Profesor Zdzisław Krygowski poznał się na talencie młodego matematyka. Dlaczego „padło” na Rejewskiego?
– Był wybitnie uzdolniony, nie tylko w obszarze matematyki. Miał fantastyczną wyobraźnię skojarzeniową. Znamy epizod z kursu kryptologicznego w Poznaniu, gdy bodajże Maksymilian Ciężki rzucił zagadkę: ważna postać z okresu I wojny światowej, rezydująca w Warszawie, o szczególnym rozkładzie trzech samogłosek „e” w nazwisku? Rejewski błyskawicznie odparł: generał Beseler.
– Czy miał Pan dostęp do archiwów brytyjskich? Czego w nich jeszcze nie odtajniono?
– Bez tego nie sposób pisać o „Enigmie”… Teoretycznie nie wiemy, czego jeszcze nie odtajniono. Chociaż… Na przykład do tej pory nie znamy treści memoriału przekazanego Brytyjczykom jeszcze przed wojną, w Pyrach. Co ciekawe, sporządzono go w języku niemieckim! Język wroga okazał się wspólnym dla Polaków, Francuzów i Brytyjczyków; używano go w trakcie całego spotkania w Pyrach. W raportach Brytyjczyków znajdujemy odniesienia do tego memoriału, wiemy zatem, że trafił do Bletchley i był tam studiowany. Dlaczego go nie ujawniono? Zapewne dlatego, że spowodowałoby to jednoznaczne potwierdzenie polskich praw pierwszeństwa intelektualnego w sprawie „Enigmy”.
Kiedy pisałem „Enigmę” nieznane były w większości archiwalne dokumenty TICOM-u2, powojennej operacji aliantów badającej działania niemieckiego radiowywiadu w czasie wojny. Amerykanie najpierw przedłużyli ich utajnienie o kolejne 25 lat, potem zmienili swą decyzję i akta stopniowo odtajniają. Powoli udaje się rekonstruować choćby niemieckie śledztwo w sprawie o kryptonimie „Wicher”, nawiązującym do kryptonimu polskiego przedwojennego radiowywiadu. Ale w podejściu do odtajniania kolejnych dokumentów nie sposób dostrzec jakiegokolwiek systemu, toteż nikt nie wie, czym archiwiści zaskoczą nas jutro.
– A co znajduje się na ten temat w archiwach polskich?
– Niewiele. Zachował się zespół akt dotyczący wniosków odznaczeniowych. Wbrew ich obiegowemu określeniu nie są to teczki personalne i zawierają jedynie bardzo skrótowe życiorysy, koncentrujące się na przesłankach odznaczenia.
– A co stało się z właściwymi teczkami po ludziach z Biura Szyfrów?
– Musiały znajdować się wśród innych dokumentami, które Niemcy znaleźli w Forcie Legionów. Wywieźli je najpierw do siebie, potem przejęli je Rosjanie. Mówię o przykrym, by nie powiedzieć skandalicznym zaniedbaniu polskiego wywiadu: podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 nie zadbano o zabezpieczenie bądź zniszczenie archiwum akt polskiego wywiadu. W październiku wszedł do Fortu Legionów niejaki hauptmann Bulang z Abwehry i… zatkało go! Trafił na prawie kompletne archiwum polskiego wywiadu. Sześć ciężarówek wywoziło te akta! Na podstawie ich zawartości straciło życie około stu agentów wywiadu polskiego, przeważnie pracujących w Niemczech. W odnalezionych aktach znalazły się również trzy rozszyfrowane depesze „Enigmy” nadane w 1937 roku przez niemiecki krążownik operujący u wybrzeży Hiszpanii. Niemcy szukali źródeł przecieku, ale niewiele osiągnęli. Przesłuchiwani w 1944 roku płk Gwidon Langer i kpt. Maksymilian Ciężki zmylili tropy. Sami Niemcy przyznali później, że ci dwaj oficerowie zbyt długo przebywali razem i mogli ustalić wspólną wersję wydarzeń. Na szczęście archiwum radiowywiadu było prowadzone osobno i zostało właściwie zabezpieczone.
– Ile jest prawdy w grze wywiadów rozgrywanych pomiędzy zamkami Czocha i Książ w „Tajemnicy twierdzy szyfrów”?
-Niewiele. To atrakcyjna fikcja literacka, luźno oparta na prawdziwej historii, która wydarzyła się gdzie indziej i miała inny przebieg. Zauważmy zresztą, że film i książka odnoszą się raczej do historii złamania „Ryby”, a nie „Enigmy”.
– Ale są przecież zapiski Howarda Campaigne’a, na które powołuje się Bogusław Wołoszański.
– Te dokumenty są dzisiaj dostępne – to nie zapiski Howarda Campaigne’a, tylko oficjalny raport zespołu nr 1 wspomnianego już TICOM-u. Opisano w nim z dokładnością do dnia, gdzie członkowie zespołu byli i co robili w maju i czerwcu 1945 roku. Wynika z nich, że Campaigne przebywał w tym czasie nie na zamku Czocha, nie w Sudetach, lecz w Bawarii. Istotnie, zespół odnalazł tam grupę niemieckich radiowców, którzy w czasie wojny podsłuchiwali sowieckie (ale także amerykańskie) transmisje dalekopisowe.
„Ryba – miecz” („Sägefisch”) to w rzeczywistości niemiecki kryptonim odznaczający aparaturę radiową, za pomocą której transmitowano sygnały dalekopisowe. Zatem – radiodalekopis, a nie aparatura szyfrująca. Brytyjczycy czytając fragmenty dialogu służbowego , które nie były szyfrowane, znajdowali w nich odniesienia do kryptonimu „Sägefisch”. Sądzili, że określenie odnosi się do maszyny szyfrującej i nadali wszystkim niemieckim szyfrom dalekopisowym własny kryptonim „Fish”. Jednym słowem, pomyłka, ale bez znaczących konsekwencji.
– A sprawa radzieckich urządzeń, z których amerykańskie odczyty pozwoliły m.in. ująć i skazać podejrzewanych o atomowe szpiegostwo małżeństwo Rosenbergów.
– Znowu trochę komedii pomyłek. W ostatnim rozdziale nowej książki prezentuję strzępy historii sowieckiego radiodalekopisu szyfrującego, skonstruowanego przez Rosjan nieco na wzór niemieckich urządzeń. Niemcy zauważyli podobieństwo i od 1943 roku zaczęli rozpracowywać to urządzenie. Odnieśli niewielkie sukcesy w łamaniu samego szyfru, daleko większe w rozpracowaniu urządzenia używanego przez Rosjan do samej transmisji sygnałów. Rosjanie bodaj jako pierwsi wpadli na pomysł rozproszenia transmisji pomiędzy kilka częstotliwości radiowych. Sygnał z dalekopisu był dzielony pomiędzy kilka – dwa, sześć lub dziewięć – pasm częstotliwości. Rosjanie mieli tak duże zaufanie do tego systemu, że wielu informacji nie szyfrowali, przesyłając je tekstem jawnym. Niemcy zauważyli to i wykorzystywali w czasie II wojny światowej. Tuż po wojnie Amerykanie – rzeczywiście z udziałem Howarda Campaigne’a – odnaleźli w bawarskim Rosenheim niemiecką aparaturę; dwa komplety radiowego sprzętu odbiorczego. Sprzęt ten potrafił „zebrać” podzieloną na kilka kanałów transmisję i przekształcić w użyteczny, czytelny sygnał. Z odtajnionych dokumentów wiemy, że Amerykanie wiedzę o tym, co dzieje się w Związku Sowieckim przez kilka lat po wojnie czerpali głównie z nasłuchu łączności radiodalekopisowej . Około 2 milionów depesz miesięcznie! Zatrudnili olbrzymią liczbę tłumaczy języka rosyjskiego do wyciągania z tych „śmieci” użytecznej informacji.
Tyle tylko, że wpadka Rosenbergów nie miała nic wspólnego z tą operacją. Była rezultatem innej wojennej i powojennej przygody kryptologicznej, czyli operacji „Venona”. W jej ramach Amerykanie odczytywali fragmenty sowieckich depesz szpiegowskich, szyfrowanych teoretycznie niemożliwym do złamania szyfrem z kluczem jednorazowym. Jak zdołali dokonać niemożliwego? Wskutek błędu Rosjan, którzy postanowili niektóre fragmenty klucza wykorzystać powtórnie.
– Co było trudniej złamać – szyfry „Enigmy” czy „Fisha”?
– W 1942 roku Niemcy dowiedzieli się, że Szwedzi łamią szyfry „Ryby”. Rozesłali wówczas do użytkowników urządzenia okólnik, w którym doraźnie nakazywano zastąpienie „Ryby” mniej wygodną w użyciu „Enigmą”. Kiedy szyfry „Ryby” zostały złamane, Niemcy nadal wierzyli w „Enigmę”. Dla kryptologów była ona poważniejszym wyzwaniem, a złamanie szyfrów „Enigmy” przez Polaków miało większy ciężar gatunkowy niż złamanie szyfrów „Fisha”. Nie zmienia to faktu, że dekryptaż obu urządzeń odegrał porównywalną rolę w zwycięstwie aliantów. Całkiem niedawno zasłużony brytyjski kryptolog Jerry Roberts trafnie stwierdził, że złamanie „Enigmy” pozwoliło uniknąć klęski w 1941, zaś rozszyfrowanie „Fisha” przyczyniło się do zwycięstwa w 1944 roku.
Rozmawiał: Janusz Skowroński
1 Marian Rejewski: Wspomnienia z mej pracy w Biurze Szyfrów Oddziału II Sztabu Głównego w latach 1930-1945, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2013, wyd.II przejrzane.
2 TICOM (Target Intelligence Committee) – organizacja utworzona w 1944 roku przez Amerykanów i Brytyjczyków, w celu znalezienia urządzeń i wykorzystania niemieckich akt wywiadu, szczególnie z zakresu kryptografii. Dla TICOM-u pracowali m.in. Paul K. Whitaker, Selmer S. Norland, Arthur Levenson i Howard Campaigne.


