Nieukończona wyprawa na Mont Blanc (część I)
Niemal każdy, kto chodzi po górach, czasami myśli o wybraniu się w góry wysokie. I nie zawsze chodzi tutaj o Himalaje. Wiadomo, idąc w góry wyższe niż nasze Karkonosze, trzeba mieć jakieś doświadczenie. Trzeba mieć kondycję, odpowiednie wyposażenie i, a właściwie przede wszystkim, odpowiednie nastawienie. Bez tego nawet najlepiej wyposażeni nie osiągną wyznaczonego celu.
Dlatego też ja, który całe życie chodzę po górach, nie tylko Sudetach, od czasu do czasu myślę o wyjściu w góry nieco wyższe. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o góry, w których aby zdobyć szczyt trzeba stosować techniki alpinistyczne. Daleki jestem od tego. Po prostu uważam takie wejścia za zbyt duże ryzyko i raczej staram się ich nie podejmować. Co oczywiście nie znaczy, że w życiu nie próbowałem podchodzenia przy użyciu lin. Niemniej staram się omijać takie miejsca. Nie należę do ludzi, którzy jak postanowią wejść na jakąś górę, czynią to bez względu na to, co się dzieje. Nie, potrafię przerwać wędrówkę i odpuścić.

Indie. Przełęcz Khardongla Pass (5600 metrów n.p.m.) Foto: Krzysztof Tęcza
Ostatnio wyjazdy w ciekawe regiony stały się bardziej dostępne w porównaniu z dawnymi czasami. A co najważniejsze, możemy zaopatrzyć się w odpowiedniej jakości sprzęt i ubrania ułatwiające nam taką podróż. To już nie te czasy, kiedy zdobycie odpowiedniego wyposażenia graniczyło niemal z cudem. To już nie te czasy, kiedy mając wszystko, co było potrzebne do wyruszenia w góry, często nie mogliśmy udźwignąć zapakowanego plecaka. Dzisiaj sprzęt jest robiony z wytrzymałych, ale bardzo lekkich materiałów. Odzienie mieszczące się po złożeniu w garści zapewnia nam odpowiednią ciepłotę i ochronę przed deszczem i wiatrem. Zatem dzisiejszy plecak z reguły nie waży więcej niż 30 kilogramów. Pamiętam czasy, kiedy idąc w Karkonosze, dźwigałem plecak ważący 80 kg.
Kolejną różnicą w górach jest fakt znacznie większej ich dostępności. Dzisiaj ciężko jest minąć się na wąskiej ścieżce, tylu mamy turystów. Dawniej, wędrując wiele dni po górach, nie spotykaliśmy dosłownie nikogo. Góry dawały nam możliwość odsapnięcia od zgiełku i tłoku. Może właśnie dlatego potrafiłem łączyć naukę i pracę z poznawaniem gór. Zdarzały się lata, kiedy w górach przebywałem po 300-350 dni w roku. Tak, to nie pomyłka. Takich ludzi jak ja było więcej.
A trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach warunki pogodowe były o wiele bardziej wymagające. Gdy sypało śniegiem, to widać było tylko czubki choinek. Temperatura często spadała poniżej 30 stopni. Więc gdy po kilkunastogodzinnym podejściu do którejś z chatek wreszcie byliśmy u celu, to zdarzało się, że przez kilka dni nie było możliwości powrotu do domu. Wtedy nie było telefonów komórkowych. Dlatego każdy z nas musiał sobie radzić tak jak potrafił. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego by pokazać, że aby przeżyć w górach, trzeba nie tylko posiadać zdrowie i kondycję, odpowiednie wyposażenie, ale przede wszystkim odpowiednie nastawienie i, co jest nie bez znaczenia, doświadczenie nabyte podczas wędrówek górskich odbywanych w różnych warunkach pogodowych, często tzw. ekstremalnych. To właśnie doświadczenie najczęściej pozwala na wyjście cało z różnych niespodziewanych zdarzeń, jakie mogą nas spotkać w górach.
Za czasów minionego ustroju specjalnie nie było możliwości wyjazdów w góry inne jak te położone w krajach naszego bloku politycznego. Tym samym ich wysokości nie dochodziły nawet do 3 tysięcy metrów n.p.m. Nie oznacza to oczywiście, że podejścia te nie stwarzały trudności. Przeciwnie często były bardzo wymagające. Dlatego też uczyły nas zarówno techniki, jak i pokory wobec panujących tam warunków. Góry bowiem trzeba czuć. Trzeba je szanować, bo gdy będzie się je lekceważyć, może spotkać nas coś złego.
Od jakiegoś czasu możemy swobodnie podróżować, więc nic dziwnego, że coraz więcej nas wybiera się w miejsca ciekawe, a zarazem stwarzające o wiele większe wymagania, jeśli chodzi o dotarcie do nich. Często spotykamy się z warunkami, do jakich nie jesteśmy przyzwyczajeni. Choćby chorobą wysokościową. Nawet w Tatrach nigdy nie odczuwaliśmy takich dolegliwości. Teraz, gdy wyruszamy w góry wysokie, spotykamy się z takimi warunkami, często po raz pierwszy. I sporo osób lekceważy rady, jakie są im udzielane, uważając, że ich to przecież nie dotknie. Niestety, dotknie.
Sam pamiętam, kiedy w zeszłym roku wyjechałem do Indii, gdzie przez cały lipiec podróżowałem po górskich rejonach tego wielkiego kraju, przebywając na wysokości przekraczającej 4 tysiące metrów. Kiedy to docierałem na górskie przełęcze o wysokości 5100, 5400 czy wreszcie 5600 metrów n.p.m. Kiedy po raz pierwszy mój organizm przekonał się, jak to jest, gdy nie można zaczerpnąć powietrza. Na takiej wysokości powietrze jest tak rozrzedzone, że często wydaje się, iż nic nie wchodzi do naszych płuc. I wtedy dopada nas panika, nie myślimy racjonalnie. A to wcale nam nie pomaga. Trzeba bowiem zachować spokój i dać odpocząć sercu, by nie waliło jak oszalałe. Ja na szczęście nie odczuwałem na takiej wysokości żadnego bólu głowy, więc specjalnie nic się nie działo. Jednak gdy nieświadom tego, co może się wydarzyć, spróbowałem sobie podbiec kilkadziesiąt metrów, od razu poczułem ucisk w klatce piersiowej i brak siły. Wtedy przekonałem się, co to znaczy wysokość.
Kolejnego doświadczenia w górach wysokich doświadczyłem w lutym tego roku, kiedy to zachęcony pobytem w Tybecie zdecydowałem zapisać się na wyprawę na Dach Afryki. Kilimanjaro to góra niezwykła. By dotrzeć na jej szczyt oraz bezpiecznie powrócić do bazy, trzeba podczas tygodniowej wędrówki pokonać 100 km szlaku i kilkanaście kilometrów przewyższeń. Podczas gdy powietrze staje się dwukrotnie rzadsze już na wysokości 4 tysięcy metrów, Kilimanjaro ma wysokość 5895 metrów. Tam naprawdę nie ma już czym oddychać. Całe szczęście, że idąc na taką górę, ma się do dyspozycji nie tylko przewodników czy kucharza, ale przede wszystkim tragarzy. Tak to oni noszą twoje podstawowe wyposażenie. Sam niosę tylko trzydziestolitrowy plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami. Najważniejsze jest mieć jak największą ilość płynów. Aby zapobiec chorobie wysokościowej oraz odwodnieniu organizmu, trzeba co chwilę pić. To podstawa. Jak się o tym zapomni, można zapomnieć o dotarciu na szczyt. Można oczywiście to przypłacić życiem. To nie przelewki. Idąc pod górę w takich warunkach człowiek nie ma specjalnie czasu ani ochoty rozglądać się dookoła. Patrzy tylko, by postawić nogę w bezpiecznym miejscu. A często jest tak, że organizm zmęczony panującymi na górze warunkami zupełnie nie słucha poleceń wydawanych przez mózg. Wiele razy miałem wrażenie, że gdy chciałem postawić nogę w zaplanowanym miejscu, ja kierowałem ją do przodu, a ona szła gdzieś w drugą stronę. W takiej sytuacji bardzo pomocne okazują się kijki, którym możemy się podeprzeć.

Uhuru Peak – Kilimanjaro 5895 metrów n.p.m. Foto: Krzysztof Tęcza
Najważniejsze jednak to stosowanie się do uwag i poleceń prowadzącego. To on wie, którędy iść, czy jesteśmy ubrani odpowiednio do panujących warunków, to on często wręcz zmusza nas do wypicia kolejnych łyków płynów. W końcu to on decyduje, kiedy mamy odpocząć, a kiedy iść dalej. To on decyduje, czy pozwoli nam wejść na naszą wymarzoną górę, czy każe nam zawróci. I gdy podejmie niekorzystną dla nas decyzję, to musimy go usłuchać. Bo taka decyzja wydająca nam się krzywdzącą, może uratować nam życie. Bo tylko ów przewodnik ze swoim doświadczeniem wynikającym z jego często setek wejść na szczyt, jest w stanie ocenić naszą kondycję. On naprawdę nie robi nam na złość. On po prostu widzi, czy damy radę, czy mamy już dosyć. I najczęściej poddajemy się jego woli. Czasami są sytuacje odwrotne.
To my ,mając już dosyć, chcemy zawrócić, a przewodnik oceniając stan naszego zdrowia i ducha, każe nam się napić ciepłej herbaty i po krótkiej rozmowie iść dalej. Bo w tym momencie tylko on widzi, że damy radę i możemy iść dalej. I często, ba, nawet bardzo często, właśnie takiemu doświadczonemu przewodnikowi my, nieświadomi zagrożeń na tak nietypowej dla nas górze, zawdzięczamy, że osiągamy cel. Mało tego, często właśnie takiemu doświadczonemu przewodnikowi zawdzięczamy życie. My bowiem na tej wysokości, w tak niekorzystnych dla nas warunkach, sami nie jesteśmy już w stanie podejmować racjonalnych decyzji.
Nie powiem, wchodząc na Kilimanjaro, byłem bardzo zmęczony, niedotlenienie organizmu powodowało, że nie miałem specjalnego wpływu na to, co robi mój organizm. Zdarzyło się kilka razy, że zachwiałem się nad przepaścią i gdyby nie idący za mną mój „osobisty opiekun”, pewnie byłaby to moja ostatnia wyprawa. Miałem jednak szczęście i nie tylko wszedłem na Dach Afryki, ale bezpiecznie z niego zszedłem. Jestem wdzięczny za okazaną mi pomoc całej naszej ekipie, zarówno tragarzom, przewodnikom, jak i kucharzom, którzy pokazali swój kunszt.
Ciąg dalszy nastąpi
Krzysztof Tęcza

Oj tam góry wysokie. Niejednokrotnie w tych niższych i częstokroć starszych (jak Sudety), napotykamy magię i atmosferę, o wiele prawdziwszą niż na szczytach Alp czy Pirenejów. Bo góry to nie wysokość n.p.m. To coś dużo bardziej złożonego.
Też obserwuję, że nasze Karkonosze mają w sobie wiele tajemniczości, a co najważniejsze są blisko.