Zimowa wycieczka grzbietem Karkonoszy
Ponieważ w sobotę 5 października 2019 roku brałem udział w obchodach Dnia Ratownika zorganizowanych w schronisku „Na Hali Szrenickiej”, zostałem tam na noc, myśląc o zejściu wczesnym rankiem. Gdy jednak wstałem, okazało się, że w nocy świat się zmienił. Sypnęło śniegiem i krajobraz stał się bardziej biały. Co prawda, mocnego mrozu nie było, bo kreska na termometrze wskazywała niewiele poniżej zera. Zachęcony jednak takim widokiem postanowiłem wybrać się na dłuższy spacer. Poczekałem chwilkę, by zjeść ciepłe śniadanie. Zawsze inaczej człowiek się rusza, gdy wypije gorącej herbatki.

Foto: Krzysztof Tęcza
Ze schroniska udałem się brukowanym traktem w stronę Szrenicy. Od razu przekonałem się, że to białe, co leży na drodze, to nie jest zwykły śnieg, lecz zmrożone płatki, które przymarzły wraz z wodą. Trzeba było uważać, by nie zaliczyć gleby. W miarę jednak jak promienie słoneczne były coraz cieplejsze, na drodze tworzyła się mokra kasza, a nawet kałuże wody.
Ponieważ był wczesny ranek, wyciąg na Szrenicę jeszcze nie działał i jak na razie nie było zbyt dużo turystów. Dzień zapowiadał się ciekawie. Jeszcze było czuć lekki mrozik, ale już dawało o sobie znać wstające słonko. Za wcześnie było, by znowu odpoczywać, więc nawet nie zboczyłem w stronę schroniska na Szrenicy. Od razu skręciłem na widoczne skałki. To Trzy Świnki. Nigdy nie wiem, która z nich jest która. Ciekawe, czy ktoś właściwie je ponumerował?
Po drodze do Mokrej Przełęczy zaczęli mijać mnie pierwsi turyści. Wszyscy cieszyli się z pięknej pogody. Niektórzy skręcali do czeskiego schroniska Vesecká bouda. Myślę, że spory wpływ na ich decyzję ma umieszczony na skrzyżowaniu skrócony jadłospis z cenami. Nie bez znaczenia jest też niewielka odległość od głównego szlaku. Zawsze można wrócić i podążać nim dalej. Część turystów skręcała także na szlak zielony prowadzący z Mokrej Przełęczy do schroniska „Pod Łabskim Szczytem”, by stamtąd zejść do Szklarskiej Poręby lub Jagniątkowa.
Ja, zgodnie z planem, poszedłem w kierunku skałki Twarożnik. Widoki, do tej pory bardzo rozległe, zaczęły być przysłaniane kłębiącymi się chmurami. Co prawda, nie zasłaniały one horyzontu w całości jednak nie można już było zrobić ładnego zdjęcia kotliny. Nie mniej chmury te dodawały uroku i zachęcały do ich utrwalania.

Foto: Krzysztof Tęcza
Na trasie pojawiało się coraz więcej Czechów, to znak że dochodzę do rozwidlenia dróg Česká budka. Tam też skręcam, by dotrzeć do źródeł Łaby ujętych w betonową cembrowinę. Jest to ostatni moment, by zobaczyć to miejsce, zanim zasypie je śnieg. Pamiętam, że w zeszłym roku, gdy tam dotarłem, to spod śniegu wystawała tylko końcówka rogacza z tabliczką informacyjną. Tym razem spokojnie mogę zrobić kilka fajnych fotek.

Foto: Krzysztof Tęcza
Ponieważ moim celem były Śnieżne Kotły, szybko wracam do szlaku czerwonego i podążając wzdłuż drewnianych tyczek pokrytych zamarzniętymi drobinkami wody docieram do nadajnika telewizyjnego. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że widoki, jakie się tam rozpościerają, zatykają dech w piersiach. Można tutaj stać całymi godzinami, by podziwiać teren poniżej. Nie ma jednak na to czasu, trzeba zejść z gór o przyzwoitej porze, tak by nie sprawić nikomu niepotrzebnej roboty.
Ponieważ oficjalnie nie ma jeszcze zimy, szlak zimowy nie został uruchomiony. Idę zatem letnim szlakiem prowadzącym zboczem Wielkiego Szyszaka. Ścieżka ułożona z wielkich bloków skalnych stała się niezwykle śliska. Słońce podgrzało śnieg i zrobił się on bardzo luźny. Trzeba iść bardzo spokojnie i powoli. Nie wiadomo, co robić. Z jednej strony należy patrzeć pod nogi, z drugiej nie można się opanować, by nie oglądać wspaniałych widoków. Najlepiej jest co jakiś czas po prostu zatrzymać się i nacieszyć tymi widokami. Tak jest najbezpieczniej.

Foto: Krzysztof Tęcza
Wreszcie docieram do Czarnej Przełęczy, gdzie ustawiono mały szałas, w którym można wypocząć i się posilić. Mija mnie coraz więcej turystów. Spora ich część podąża do Martinovej boudy. Początkowo zakładałem, że dotrę na Śnieżkę, ale patrząc na zegarek, uświadomiłem sobie, że zanim tam dojdę, zapadnie zmrok. Nie było zatem sensu iść dalej. Zdecydowałem się więc na zejście. Ruszyłem Koralową Ścieżką prowadzącą brzegiem Czarnego Kotła Jagniątkowskiego. Szybko okazało się, że mój wybór był dobry. Pogoda zaczęła się zmieniać. Robiło się coraz chłodniej. Nie tracąc czasu, szedłem miarowym krokiem, aż w końcu dotarłem do pętli autobusowej przy Muzeum Hauptmanna. Tam spotkałem sporo osób wracających z grzybobrania. Każda z nich miała trochę grzybów, co oznacza, że poniżej śniegu można jeszcze je zbierać.
Krzysztof Tęcza
