Litewski wianek. Część III
Powyższy tytuł może nie do końca wyjaśnia, o co chodzi, ale tak właśnie nazwaliśmy nasz tegoroczny wyjazd na Litwę.
Link do części I: http://e-karkonosze.eu/turystyka/litewski-wianek-czesc-i/
Link do części II: http://e-karkonosze.eu/turystyka/litewski-wianek-czesc-ii/
Rankiem następnego dnia żegnamy Wilno, już tu nie zajrzymy. Dzisiejszy dzień poświęcony będzie odwiedzeniu miejsc związanych z życiem Józefa Piłsudskiego.
Zanim jednak to nastąpi, docieramy do miejscowości Ciechanowiszki. W jednej z chałup znajduje się tu Izba palm i Użytku codziennego prowadzona przez Samorząd Rejonu Wileńskiego. Jest to coś niesamowitego. Możemy zobaczyć tutaj prawdziwe dzieła sztuki wykonane z wierzby czy żyta.
W kolejnej miejscowości Suderwie zatrzymujemy się właściwie wyłącznie po to, by obejrzeć ponoć jedyny na Litwie kościół w kształcie rotundy. Jest to kościół Świętej Trójcy. Dla mnie osobiście ciekawostką w tym miejscu jest zachowana obok kapliczka, którą zaprojektował Jan Borowski. Wyjechał on stąd w 1945 roku i pracował przez jakiś czas na Dolnym Śląsku, opisując zabytki Wrocławia.
W sąsiednich Duksztach, należących dawniej do książąt Giedroyciów, oglądamy kościół św. Anny. Ale tak naprawdę naszym punktem docelowym tej części wycieczki była ścieżka przyrodnicza położona na terenie lasu mającego ponad 300 ha powierzchni. Jest to jedna z najstarszych na Litwie dąbrowa. W celu ochrony tego unikalnego terenu założono tu rezerwat krajobrazu. Wykonano tutaj wygodną drewnianą ścieżkę, wzdłuż której ustawiono ponadnaturalnej wielkości rzeźby przedstawiające stare bóstwa litewskie. Jest ich kilkanaście. W lesie znajduje się także dziwny głaz z tajemniczymi rytami, których znaczenie nie jest wyjaśnione do dziś. Na pewno, gdy będziemy tu kolejnym razem, warto temu miejscu poświęcić więcej czasu.
Aby poznać jeszcze jedno tajemnicze miejsce, ruszamy do Kierniowa, pierwszej stolicy Litwy. Zachowały się tutaj wielkie grodziska udostępnione drewnianymi schodkami. Każdemu, kto jednak na nie spojrzał, na ich widok od razu przechodziła ochota na spacer. Dlatego zainteresowaliśmy się bardziej rzeźbą przedstawiającą wilka zabezpieczonego żelazną zbroją czy terenem przy kościele, na którym założono staw w kształcie Litwy. Za zielenią jest tu ukryta miniatura miasta Jeruzalem. Jest ona tak ciekawie wkomponowana, że tylko nieliczni ją dostrzegli.
W Mejszagole doświadczyliśmy czegoś wyjątkowego. Znajduje się tu ciekawy kościółek, w którym ustawiono, chyba najmniejszą ze znanych mi figur, figurę przedstawiającą Jana Pawła II. Nie to jednak wywarło na nas owe wrażenie. Otóż w domu, w którym mieszkał tu ksiądz Józef Obremski, zorganizowano muzeum jemu poświęcone. Zaciekawiło nas, cóż takiego wyjątkowego było w osobie miejscowego prałata, że mieszkańcy wciąż o nim pamiętają. Ksiądz Józef zmarł w 2011 r. a więc wcale nie tak dawno. Żyje zatem wielu ludzi go pamiętających. Okazuje się, że miejscowy duszpasterz, umierając w wieku 105! lat, odchodząc podczas modlitwy, był człowiekiem kochającym swoich parafian, że przez swoją działalność cierpiał wiele niesprawiedliwości, ale nie uskarżał się na swoją dolę. Uważał, że to jego obowiązek wobec rodaków. Nic zatem dziwnego, że ci odwdzięczali mu jego ogromną miłość. Rzadko się zdarza taki patriota, człowiek i w końcu duszpasterz. Jego grób jest zawsze zadbany, a wielu turystów słuchających historii życia tego człowieka, patrzy na jego pomnik i długo nie może uwierzyć.
Zostawiając przemyślenia na dalszą drogę, jedziemy do Piekieliszek, w których znajduje się dworek rodziny Piłsudskich. Wspomniany wcześniej ksiądz Józef Obremski znał osobiście marszałka. W tamtych czasach społeczeństwo potrafiło docenić poświęcenie poszczególnych osób dla Ojczyzny. Dlatego też podjęto specjalny dekret, dzięki któremu przekazywano im ziemie i gospodarstwa. Takie podziękowanie otrzymywali m.in. legioniści Piłsudskiego. Nie było to źle widziane.
Dwór w Piekieliszkach stoi na dużo większym gruncie niż przewidywała to ustawa, jednak w tym wypadku takie nadanie należało się także żonie marszałka. Ustawa nie robiła żadnej różnicy między oficerami i żołnierzami. Obecnie stan dworku jest zadowalający, jednak osoby dbające o ten obiekt mają żal do strony polskiej o zbyt słabe zainteresowanie tym miejscem.
A teraz niespodzianka, nie wiem, czy nie przykra. Otóż kiedyś twierdzono, że centrum Europy leży na terenie obecnej Polski. Dzisiaj to się zmieniło. Otóż w 1993 roku grupa francuskich naukowców ustaliła, iż prawdziwe centrum Europy leży w miejscowości Bernaty koło Wilna. Ustawiono tu sporych rozmiarów głaz ze stosownym napisem, a turyści tu przybywający mogą w Centrum Informacji otrzymać specjalny certyfikat potwierdzający nasz pobyt w samym środku kontynentu. Ponieważ miejsce to cieszy się dużą popularnością, urządzono tu korty tenisowe. Można zatem korzystać do woli z ruchu na świeżym powietrzu. Można także przenocować tu czy zjeść coś smacznego.
My ponownie wracamy na szlak związany z Józefem Piłsudskim. Najpierw docieramy do miejscowości Powiewiórka, gdzie w miejscowym kościele został on ochrzczony, a następnie do Zułowa, w którym marszałek przyszedł na świat. Niestety, jego dom nie zachował się do dziś, gdyż wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zabrakło rąk do gaszenia pożaru, który wybuchł, gdy wszyscy mężczyźni wyjechali, by przetransportować nowe maszyny. Miejsce, w którym stał dwór Piłsudskich zostało specjalnie oznaczone a w jego pobliżu ustawiono płytę z następującym napisem:
Dąb, jako symbol wieczności, posadzony został 10 października 1937 roku przez Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego i Marszałkową Aleksandrę Piłsudską w miejscu kolebki pierwszego Marszałka Odrodzonej Polski Józefa Piłsudskiego.
Obok, na polu ustawiono specjalne postumenty, którymi upamiętniono organizacje i osoby zasłużone dla Polski. Przy każdym z nich zasadzono małe drzewko.
Myśląc, że docierając do Kiejdan, wreszcie odetchniemy spokojnie, myliliśmy się i to bardzo. Okazało się, że czeka tam już na nas pani Irena Duchowska, która nie poddając się szykanom ze strony miejscowej władzy wciąż krzewi polskość na tych ziemiach. Jest ona znaną poetką i mamy rzadką okazję otrzymać jej autograf w właśnie wydanym tomiku poezji. Oto tytułowe Sentymenty
Coraz częściej, z sentymentem, wraca pamięcią do rodzinnej strzechy, ogródka kwiatów okalającego chatę, zielonego sadu, kwitnącej łąki za stodołą, mokradeł na wygonie, wiosną odwiedzanych przez bociana, łanów zbóż ojczystych, jak morze, falujących na wietrze, niebieskich pagórków pełnych bławatków, polanek poziomek porośniętych paprocią, poczucia jedności z przyrodą, młodzieńczych marzeń. Całe życie, wówczas, miałam przed sobą…
Pani Irena prowadzi literacki zespół pieśni „Issa”, który umilił nam kolację. Zespół zaśpiewał kilka pieśni ludowych, a pani Irena zaprezentowała kilka swoich utworów. My, kosztując smaku Cepelinów, myślami już byliśmy w łóżku hotelowym. Jak się jednak szybko okazało, nie dane nam było szybko udać się na spoczynek. Pani Irena wyciągnęła nas na wieczorny spacer po Kłajpedzie. Mogliśmy dzięki temu poznać miejsca, których raczej nie pokazuje się w pierwszej kolejności. Chociaż ci mniej uważni mieli widoczne problemy z utrzymaniem się w grupie. Pani Irena, jak się szybko okazało, miała niezłe „chody”. Trudno było za nią nadążyć. Ale warto było. Miasto o tej porze dnia wyglądało jak opuszczone. Niewielu mieszkańców włóczyło się po ulicach.
Podczas oglądania starego placu słuchamy bardzo ciekawej opowieści o historii miasta, w którym właśnie się znajdujemy. Widzimy tu dwie synagogi, nie dziwi nas zatem, że jesteśmy na Rynku Żydowskim. Ale to, że w Kiejdanach istniało kiedyś aż 6 rynków, jest już dużym zaskoczeniem. U nas, w Polsce, również istnieją miasta, w których jest ich więcej. No, ale są to z reguły dwa takie place. Ale tyle! Dalej idziemy ulicą Żydowską, robiącą wrażenie zadbanej, zwłaszcza jeśli wiemy, kiedy była ona zbudowana. Aż dziw bierze, że stać było na jej urządzenie. Okazuje się jednak, że władze miasta wymyśliły w XVII wieku coś w rodzaju podatku wjazdowego. Otóż każdy, kto wówczas przybywał do miasta, musiał przywieźć ze sobą jeden kamień. Szybko zebrano ich taką ilość, że wystarczyło na wybrukowanie całej ulicy. Jakież to proste, a zarazem genialne posunięcie. Prawda?
Ponieważ w takich organizmach miejskich stare miesza się z nowym, wcale nie zaskoczył nikogo fakt, że oto idziemy ulicą Czesława Miłosza. To właśnie przy niej, tuż przed mostem widzimy kilkumetrowej wielkości krzesło z zawieszonymi na nim krawatami. Jest to oczywiście „Krzesło Miłosza”. Nie wszystkim jednak mieszkańcom podoba się taki sposób upamiętnienia naszego noblisty. Faktycznie wygląda to lekko dziwacznie. Jeszcze dziwniej brzmi wiadomość o tym, że płynąca tu rzeka płynie pod górę(?!). Znamy liczne takie miejsca, ale dotyczy to dróg, na których samochody z wyłączonymi silnikami jadą pod górę, ale żeby woda płynęła pod prąd, pierwszy raz tego doświadczamy. Ponoć (niestety nie mięliśmy okazji tego sprawdzić), gdy płynący tym odcinkiem kajakarze zapatrzą się na otaczające ich piękno, kajaki cofają się pod prąd. Możemy sobie wyobrazić zdziwione miny wodniaków.
Jest tutaj jeszcze jedna ciekawostka, a właściwie nowy świecki zwyczaj, jakbyśmy powiedzieli za poetą, nowa świecka tradycja. Otóż w Ratuszu znajduje się sala ślubów, co oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym. Jednak gdy spojrzymy na drugi brzeg Niewiaży zobaczymy na stromym zboczu ułożone z kolorowych kwiatów duże Słońce. To właśnie jest miejsce, do którego podążają pary młode, by ślubować sobie dozgonną wierność. Aby na długo zapadła w pamięć tak ważna chwila w życiu nowożeńców, zamontowano w nurcie rzeki fontannę, która tryska wysoko strugami mieniącej się w świetle wody. Musi to być piękna oprawa uroczystości ślubnej – nie ma co się jednak temu dziwić, wszak często jest to najszczęśliwszy dzień w życiu młodych ludzi. Później już nie musi być tak miło. Ale to znak nowych czasów.
Na placu przed ratuszem wzniesiono niesamowity pomnik przedstawiający Janusza Radziwiłła. Ukazano tu najważniejsze rzeczy, jakie on posiadał. Książę siedzi sobie wygodnie w fotelu, a zarazem na wielkiej skrzyni symbolizującymi zarówno posiadaną przez niego władzę, a także olbrzymią fortunę. W zasadzie nie wiadomo, co było ważniejsze. Bo w tamtych czasach posiadany majątek często rzutował na piastowane stanowisko i odwrotnie, posiadane stanowisko przynosiło niezłe dochody. I, jak to często bywa w naszej pogmatwanej historii, akurat ten pomnik przedstawia dla nas zdrajcę, dla Litwinów bohatera.
Aby jednak nie rozpatrywać zbyt długo, kto ma rację, najlepiej jest udać się na sąsiednią ulicę, gdzie już z daleka widzimy bardzo ciekawą fasadę, W każdym z okien zamieszczono tu różnego rodzaju wesołe przedstawienia. Są to najczęściej tańczący i bawiący się ludzie. Takich miejsc jest tutaj więcej. Np. na terenie dawnego cmentarza przy zborze luterańskim zbudowano kolorową fontannę. Jest tutaj także scena, na której świętowano uzyskanie niepodległości. Najchętniej jednak pamiątkowe zdjęcia turyści robią sobie na Knipawskim rynku, siadając na murku niewielkiej fontanny, w której umieszczono przedstawienie serca zakrytego sierpem księżyca przed deszczem.
Wracając do hotelu, docieramy do intrygującego obiektu. Wygląda jak świątynia, tyle że zbudowana z drewna pomalowanego na czarno. Jest to trochę ponure. Ale jak się okazuje to właśnie tutaj, po odzyskaniu domu bożego, umieszczono cudowny obraz św. Józefa, do którego znajdujący się w potrzebie, modlą się prosząc o pojawienie się potomstwa. Jak się okazuje, często jest to ostatnia nadzieja, i bardzo często prośby te są wysłuchiwane! Jest tutaj rzadko spotykana u nas rzecz. Otóż w przedsionku znajdują się specjalne szpary wykonane w ścianach, tak by kobiety po urodzeniu dziecka, niemogące jako nieczyste brać udział w mszy wraz ze wszystkimi, uczestniczyły w niej w oddzielnym pomieszczeniu i jednocześnie mogły obserwować to, co dzieje się w kościele. Dopiero po ponownym wyświęceniu, a także ochrzczeniu dziecka mogły one ponownie modlić się ze wszystkimi.
My przeżyliśmy tutaj ciekawą przygodę z niezrozumieniem języka litewskiego, który jak się okazuje, wcale nie jest taki łatwy. Otóż staraliśmy się wyczytać na tablicy informacyjnej patrona tej świątyni. Wyszło nam, że jest nim św. Mikołaj. Jakież było zdziwienie, gdy nasza przewodniczka wyjaśniła, że znajomo brzmiące słowo to nie Mikołaj tylko msza święta. Ciekawe, jak łatwo można się pomylić. Dzięki jednak temu poprawiły się nam humory. A gdy okazało się, że nasz kolega Stefan znalazł na trotuarze złote serce, zgubione tu niedawno, byliśmy nie tylko uradowani, ale wręcz gratulowaliśmy mu niesamowitego szczęścia. Stefan nie był dłużny i pozował do pamiątkowego zdjęcia. I oto w tak dobrym nastroju wróciliśmy do hotelu. Nie pozostało nic innego, jak kontynuować ciekawie rozpoczęty wieczór, choć niedługo. O północy grzecznie dano nam do zrozumienia, że pora iść spać.
Koniec części trzeciej.
Krzysztof Tęcza







