Karkonoski Park Narodowy okiem wolontariusza
W kilku drukowanych numerach „Karkonoszy” można było przeczytać moje teksty dotyczące przyrody ożywionej i nieożywionej Gór Olbrzymich. Dziś jednak podzielę się z Wami drodzy czytelnicy moimi wrażeniami z pracy w Karkonoskim Parku Narodowym. Artykuł ten będzie jednak inny; bardziej humorystyczny…
Na początku muszę powiedzieć, skąd w mojej głowie zrodził się pomysł zostania wolontariuszem. Pewnego wieczoru przeglądałem stronę internetową Karkonoskiego Parku Narodowego, który znajduje się w moim ulubionym paśmie górskim. I nagle, w mojej głowie, zaświeciła się swoistego rodzaju „lampka”: Artur, a może wolontariat w KPN-ie?! Wypełniłem kwestionariusz pobrany ze strony internetowej i wysłałem do Jeleniej Góry.
Przed wyjazdem w Karkonosze zadzwoniłem do Pana Artura Pałuckiego w sprawie szczegółów. W tym momencie potwierdziła się moja teoria spiskowa, że wszystkie „Artury są zakręcone”… Pan Pałucki straszył mnie, że będzie ciężka praca w dziale edukacji, który sobie wybrałem. Ale praca ta okazała się dla mnie czystą przyjemnością, a sama osoba Pana Pałuckiego jest wyjątkowa!
Zostałem ulokowany w Domku Myśliwskim w Kotle Małego Stawu. Miałem tam zaszczyt współpracować z Żakliną Antczak-Raj i Markiem Bartnikiem. Dla mnie, jako studenta ochrony środowiska i pasjonata przyrody, lokalizacja na odludziu była cudowna. Moja praca polegała między innymi na informowaniu i udzielaniu odpowiedzi turystom, wyświetlaniu filmów, przygotowywaniu materiałów edukacyjnych oraz pomocy przy organizacji wycieczek terenowych. W sumie uczestniczyłem w czterech wyprawach edukacyjnych. W dwóch wycieczkach z cyklu „Wakacje z przyrodą i przygodą”, współpracowałem z Karoliną Dobrowolską-Martini. Jako, że pasjonuję się minerałami i skałami to przygotowałem dzieciom próbki własnoręcznie zebranych różnych minerałów oraz demonstrowałem sposób płukania złota i kamieni szlachetnych za pomocą specjalnej miski przeznaczonej do tego celu. Myślę, że pokaz płukania wywołał największą furorę wśród najmłodszych. Jednakże muszę podkreślić, że taka specjalistyczna miska służy do uzyskiwania z potoków frakcji minerałów ciężkich, na które nie składa się tylko i wyłącznie złoto. Wśród takich minerałów można wypłukać znane z Sowiej Doliny granaty, które były jednym z celów poszukiwań Walonów.
Kolejne wycieczki były zamawiane przez obóz odchudzający, a prowadzili je Żaklina i Marek. Dzięki tym wyjściom przekonałem się, jak zaskakujące mogą być odpowiedzi dzieci na pytania. Muszę też przyznać, że jedno z dzieci zrobiło mi dużą przyjemność wykrzykując ze Strzechy Akademickiej „O pan Artur jest!”. Poczułem się wtedy jak prawdziwy celebryta. Nie ukrywam, że dzieci wywarły na mnie też duże wrażenie poziomem wiedzy z zakresu ekologii. Wyzwaniem dla mnie okazały się również zajęcia prowadzone dla grupy dorosłych słabo widzących. Do dziś pamiętam jak dużo pracy cała nasza „trójka z Domku” włożyła w przygotowanie tych zajęć. Natomiast „Dzień Karkonoszy”, w którym nasz park odwiedziła delegacja z Ministerstwa Środowiska pokazał, że jestem poważnie traktowany przez pracowników KPN-u. Zdziwiony byłem, że większość osób z odpowiednich służb Karkonoskiego Parku Narodowego podchodziła do mnie i się przedstawiała. To było bardzo miłe.
Teraz pora na kilka słów o osobach, z którymi bliżej współpracowałem. Karolinę można scharakteryzować jednym słowem – pracoholizm. Karolina pracuje nawet po godzinach pracy i wkłada dużo energii w swoje działania. Marek to osoba, która ma niebywały kontakt z turystami. Myślę, że nie skłamię jeśli powiem, że Marek to też osoba bardzo rodzinna, ufna wobec drugiego człowieka i pomocna. Cóż, została nam Żaklina… Żaklina to osoba pracowita (zajęcia przygotowane są do perfekcji, opracowywane w specjalnym „kajeciku”) oraz bardzo radosna, wręcz z nutą szaleństwa. Do końca zapamiętam wspólną jazdę do Sobieszowa. Jeśli ktoś oglądał filmy o francuskim żandarmie (w roli główniej Louis de Funès) i pamięta styl jazdy siostry zakonnej z tego filmu to od razu wszystko zrozumie.
Powinienem jeszcze scharakteryzować ważną osobistość KPN-u. Jest to kot z Domku Myśliwskiego, nazywany przez pracowników Kicią, a przeze mnie Śmieszką. Na powitanie dowiedziałem się, że kot bardzo boi się ludzi. Okazało się, że i ja i kot nadajemy na tych samych falach. Z przekorą twierdzę, że Śmieszka boi się ludzi, a ludzie boją się mnie. Dla wielu osób zaskoczeniem był fakt, że Kicia przychodziła wieczorem do mojego pokoju, aby spać w moim łóżku. Bardzo było mi przyjemnie, że ktoś mnie polubił. Nasze wspólne noce zakończyły się w momencie, gdy poczułem pewnego ranka dziwny zapach…
Będąc w Karkonoskim Parku Narodowym wykorzystałem możliwość wejścia w cenne przyrodniczo miejsca. Moim marzeniem było zwiedzenie Małego Śnieżnego Kotła, a zwłaszcza intruzji bazaltowej. Okres urlopowy i szczególne względy bezpieczeństwa sprawiły, że nie udało mi się przekonać żadnego pracownika (zwłaszcza botanika) do wspólnej wędrówki.
Kolejna moja pasja była silniejsza od przeszkód, więc w zachodnią cześć Karkonoszy wyruszyłem sam. Podróż z Domku Myśliwskiego do Śnieżnych Kotłów i z powrotem zajęła mi tylko 12 godzin. Rośliny jakie ujrzałem niwelowały zmęczenie. Byłem podekscytowany, bo o tych wszystkich gatunkach uczyłem się na zajęciach, a tu mogłem obserwować na żywo. Zresztą sam Pan Dyrektor Andrzej Raj zauważył, że rośliny to jedna z moich pasji, a zwłaszcza biologia goryczki trojeściowej… Moim marzeniem jest, aby botanik z KPN-u oprowadził mnie kiedyś po Śnieżnych Kotłach i opowiedział więcej o roślinach tam rosnących. Ciekawe, czy marzenia potrafią się spełniać?
Kończąc muszę podkreślić, że osoby pracujące w dziale edukacji wykonują, kolokwialnie mówiąc, „kawał dobrej roboty”. Nie inaczej jest jeśli chodzi o Straż Parku, którą też miałem okazję poznać. Dziękuję wszystkim, których poznałem w Karkonoskim Parku Narodowym. Również dziękuję za otrzymane gadżety z dzwonkiem karkonoskim. Większość potencjalnych wolontariuszy kieruje swoją uwagę wobec Tatrzańskiego Parku Narodowego, ale ja zachęcam do zmierzenia się z poszczególnymi zadaniami w Karkonoskim Parku Narodowym. Pomimo że nie pracuję już w tej instytucji, to i tak czuję się Waszym pracownikiem.
Tekst i zdjęcia: Artur Pędziwiatr


